Låpsley momentami jest jak młodsza siostra Jamesa Blake’a – młodsza, bo ma 19 lat, Jamesa Blake’a, bo w niektórych utworach operuje podobnymi środkami, co ten brytyjski muzyk. W każdym razie właśnie wydała debiutancką płytę i choć nie spełnia ona moich oczekiwań w stu procentach, to myślę, że warto było na nią czekać.
Artystka, która legitymizuje się pseudonimem Låpsley to Holly Fletcher – Brytyjka, która przed wydaniem długogrającej płyty miała na swoim koncie dwie EP-ki (Understudy i Monday), występ na festiwalu Glastonbury i sporo bardzo pozytywnych recenzji. Teraz przyszedł czas na oficjalny debiut, czyli krążek Long Way Home – znajdziemy na nim zarówno piosenki już wcześniej publikowane, jak i zupełne nowości.
Long Way Home zaczyna się utworem Heartless i szczerze powiedziawszy nie takiego otwarcia oczekiwałem. To mocno popowa piosenka, która rozwija się bardzo długo – ponad półtorej minuty mamy do czynienia ze swego rodzaju wstępem, który jest bardzo obiecujący ze swoją subtelnością. Jednak po tymże wstępie muzyka nabiera tempa, a perkusja zdecydowanej dynamiki. Na szczęście zaraz potem wybrzmiewa Hurt Me – utwór ze wstawkami charakterystycznie przesterowanego wokalu, dobrze brzmiącym automatem perkusyjnym, niezłą linią melodyczną. Jest w tym wszystkim jeszcze niewielka nadwyżka popu, więc idealnym rozwiązaniem jest kolejna piosenka, czyli dobrze znane Falling Short. I to właśnie w tym momencie dostrzegam elementy wspomnianego już Jamesa Blake’a – pięknie zbudowana linia melodyczna, zabawy wokalem, płynne przechodzenie z delikatnej dynamiki w minimalizm.
Kolejny utworem jest Cliff – to ciąg dalszy passy minimalizmu w rytmice, wokalu, klawiszach. Mam wrażenie, że to jest właśnie świat Låpsley i właśnie tutaj czuje się najlepiej. Jednakże nie stawia ona jedynie na taką stylistykę, o czym najlepiej świadczy kolejna piosenka zatytułowana Operator (He Doesn’t Call Me). Jest to energiczna kompozycja, w której artystka wspomogła się chórkami i instrumentami smyczkowymi. I choć nie taką Låpsley lubię najbardziej, to nie mogę powiedzieć, że jest to zły utwór – jest wręcz przeciwnie. Jako następny wybrzmiewa Painter – kawałek znany już z wcześniejszych dokonań artystki, a więc znów mamy powrót do delikatnego klimatu i pięknych, ale nasyconych smutkiem melodii.
Siódmą piosenką na płycie jest Tell Me The Truth. Na wstępie Låpsley czaruje klawiszami i swoim wokalem, by za chwilę dodać do tego elementy elektroniki. Rewelacyjna pauza z przesterowanym wokalem brzmi tu idealnie i motyw ten powtarza się już do końca, lecz bez wyciszania ścieżki. Po tym utworze następuje najlepszy moment płyty – Station. Nie jest to oczywiście nowość, ale to chyba wyżyny twórczości Låpsley. Tak pięknych piosenek nie słyszy się na każdym kroku – skrupulatnie zbudowana konstrukcja z podwójną, zapętlaną linią wokalu, z okrojoną do minimum ścieżką dźwiękową, z rewelacyjną linią melodyczną i tekstem. W tym punkcie robię sobie dłuższą przerwę, by po niej przejść do singla, czyli Love Is Blind. Z singlami mam problem, chociaż wiem, że muszą to być piosenki chwytliwe i takie, której będą dobrze brzmiały w radiu. Tak właśnie jest w przypadku tego singla – jest to lekka, popowa piosenka, która ma dobrze zabrzmieć w radiu.
Zostały trzy ostatnie utwory – Silverlake, Leap i Seven Months. Pierwszy z nich to kompozycja lekko przeciętna, bez melodyki charakterystycznej dla wokalistki, ale za to z delikatnie transową muzyką. Leap to znowu powrót okrojonych środków. Låpsley śpiewa tu momentami wysoko, co świetnie komponuje się z brzmieniem skrzypiec, za chwilę znów przesteruje swój wokal do niskich tonów – jej rozwiązania wokalne są naprawdę urzekające. To wszystko sprawia, że jest to jedna z najciekawszych propozycji jej debiutu. Utwór zamykający płytę rozpoczyna się klawiszami, które znów przywodzą na myśl Jamesa Blake’a. W późniejszej fazie utwór rozwija się nieznacznie, by zakończyć się spokojnym wyciszeniem.
Låpsley to niezwykle obiecująca wokalistka i jej debiut to zdecydowanie potwierdza. Oczywiście nie wszystko jest tu na najwyższym poziomie, ale biorę poprawkę na to, że przecież jest to jej pierwsza długogrająca płyta. W związku z tym przede wszystkim – czekam na kolejną. A w międzyczasie będę się wsłuchiwał w perełki, które bezsprzecznie znajdują się na Long Way Home.


