LANY – LANY (2017), recenzja Justyny Rojek

0
212

Zaczynali od nagrywania piosenek w domowym zaciszu. Jednak z czasem przyszła chęć pokazania swojej twórczości szerszej publice. Wykorzystali do tego Soundcloud i okazało się, że ich muzyka porywa miliony słuchaczy. Być może duża w tym zasługa zagadkowej nazwy zespołu LANY, a może po prostu unikalnego brzmienia. Tak czy inaczej, chłopaki nie tracą czasu i właśnie wydali swoją debiutancką płytę LANY. Czy jest szansa na muzyczne odkrycie tego lata?

LANY tworzy trzyosobowa ekipa: Paul Klein, Les Priest i Jake Goss. Panowie poznali się w Nasville, a muzyczną karierę przypieczętowali w Los Angeles. Klein, który pracuje również jako model, podczas jednego ze swoich zawodowych zobowiązań trochę czasu spędził w Nowym Jorku. Historia o tyle ważna, że właśnie w ten sposób objawiła się nazwa zespołu LANY – z połączenia skrótów słynnych miast LA i NY.

Pomimo debiutu zespół ma na swoim koncie już cztery wydane epki: Acronymns (2014), I Loved You. (2015), Make Out (2015), Kinda (2016) oraz pierwsze większe hity: Where The Hell Are My Friends czy Yea, Babe, No Way. Wypracowane przy okazji tych wydawnictw dream-popowe brzmienie z dodatkiem klimatycznych syntetyzatorów i subtelnym wokalem Kleina to mocne wyróżniki w przemyśle muzycznym. Sami również podkreślają, że najlepsza w ich zespole jest pewna niepowtarzalność, która nie pozwala ich przyrównać do innych wykonawców.

Na otwarcie debiutanckiego albumu LANY dostajemy elektroniczną i optymistyczną kompozycję Dumb Staff. Zawarte w niej wyznanie: O Boże, myślę, że się zakochałem, wprowadza nas w pierwszy etap miłosnej relacji – zauroczenie. A ponieważ w tym stanie rzeczy człowiek często traci głowę, w kolejnych piosenkach będzie można się spodziewać bolesnych konsekwencji. Przechodzimy więc do skocznego popowego kawałka Good Girls. Ten jeden z jaśniejszych punktów z całej płyty nie pozostawia złudzeń – dobre dziewczynki nie istnieją i podmiot liryczny po raz kolejny przekonał się o tym na własnej skórze. Idąc dalej, w klimat pozytywnego brzmienia z łamiącą serce liryką wpisuje się również Flowers On the Floor. Kompozycja zabarwiona elementami disco to obraz toksycznego związku dwojga ludzi, w którym tylko jedna strona pragnie naprawić to co zostało zepsute. Rozstania, powroty, zranione uczucia, taka warstwa tekstowa będzie dominować w większości piosenek, za to brzmienie miejscami nabierze subtelniejszego wyrazu. Ballady jak Tampa czy The Breakup pomimo minimalistycznych aranżacji stworzą magiczne pejzaże dźwiękowe wypełniające słuchacza tęskną melodią. Jednak największy apetyt na muzykę LANY wzbudzi synth-popowy kawałek ILYSB (I love you so bad). I choć pierwsze wrażenie może być mylne – przynosząc obraz niewinnej i łagodnej miłość, to dopiero liryka obnaża prawdę o tym uczuciu. Nieodwzajemnione przeradza się w chorą obsesję: (…) musisz wiedzieć, że nikt nie zajmie Twojego miejsca, oraz całkowicie odurza: moje serce boli tak słodko, Kocham Cię, kochanie – tak bardzo.

Momentów kiedy Klein nie udziela się wokalnie na albumie jest niewiele, ale jak się już pojawią to pozytywnie zaskoczą. Parents jest nagraniem ze skrzyni pocztowej perkusisty Jake’a, na którym jego mama w rozbrajający sposób zachwyca się jego nowym tatuażem. Oryginalny przerywnik z nutką humoru to kolejny wyraz miłości ale tym razem tej bezwarunkowej. Natomiast, w instrumentalnym utworze So Soo Pretty zespół rezygnuje z liryki na rzecz melancholijnie brzmiącego pianina. Ta zaskakująca odmiana z pewnością odkryje nowy zasięg muzycznej wrażliwości zespołu.

Na debiutanckim wydawnictwie najbardziej zawodzą dwa utwory Hericane oraz Hurts. Pierwsza kompozycja serwuje niefortunną grę słów – zamiast bezpośredniego nawiązania do huraganu Klein nazywa swoją miłość Hericane. Nie trudno zgadnąć, że tytułowa dziewczyna prezentuje dość destrukcyjny charakter. Jednak to trywialne porównanie i jednostajna melodia podkopują nieco oryginalny styl LANY. Gdy przyjdzie kolej na Hurts poczujemy już zdecydowany przesyt łzawych historii o zbolałym sercu. A w głowie narodzi się pytanie, czy nie można było ograniczyć tej i tak długiej szesnastopiosenkowej płyty?

Chłopaki posiadają wszelkie atuty, aby stworzyć album o międzynarodowym sukcesie, wypełnić dream-popową niszę i uchwycić brzmieniową esencję lat 80. To wszystko podparte muzycznymi inspiracjami od Michaela Jacksona, poprzez The 1975 czy Banks wymaga jednak doszlifowania. Debiutancka płyta LANY to szesnaście kompozycji zwyczajnie przyjemnych dla ucha. Przykuwają swoją uwagę, ale nie w błyskawiczny sposób, a jak już przykują to dość szybko się ulotnią. Zdecydowanie czuć tutaj niedosyt melodii w stylu ILYSB, Good Girls czy Where The Hell Are My Friend, które w nieprzymuszony sposób dają nadzieję na nową, dobrą muzykę.