Wyskoczyła niespodziewanie i od razu odpaliła wrotki. W 2016 roku debiutanckim singlem „Podpalimy Świat” podbiła rozgłośnie radiowe w całym kraju. Chwilę później wydała pierwszy album i jego reedycję. Nie upłynęło zbyt wiele czasu i właśnie teraz, Lanberry w ręce fanów oddała „MiXturę”, czyli drugą studyjną płytę. Jest sporo świeżego powiewu i kilka miłych niespodzianek.
Lanberry jest ciekawym zjawiskiem na rynku muzycznym. Niektórzy wrzucają ją do worka m.in. z Honoratą Skarbek, Moniką Lewczuk i chociażby Saszan. Ja wyrzuciłbym ją raczej do pudła z Sarsą, ponieważ te dwie Panie nieustannie próbują przemycić nie tyle coś nowego do swojej twórczości, co do rozgłośni radiowych, w których grane są ich single. Przykładowo w lead singlu – Ostatni Most, Uściłowska wraz z producentem zawarła elektropopowe klimaty z lat 80′, gdzie wyraźnie słychać syntezatory. Od lat nikt nie zrobił w tym gatunku tak dobrego utworu na matczynym rynku muzycznym.
I tak jak na początku Lanberry szła dość szablonowo, z małymi wyjątkami, które odbiegały od reguły po prostu dobrego, radiowego materiału, tak tutaj można wyraźnie zauważyć, że artystka zaczęła się rozwijać, bawić muzyką, i wychodzić poza ramy utartych schematów. Jak na dłoni widać to w piosenkach zagranicznych, które też są znaczącą nowością w dorobku artystycznym Lanberry. Na debiutanckim wydawnictwie nie było żadnych anglojęzycznych utworów, na reedycji dwa odpowiedniki polskich singli. MiXtura to ponad połowa piosenek nagranych w języku obcym, z czego jeden został napisany po hiszpańsku – obecna moda na latynoskie brzmienia w połączeniu z elektroniką, pomimo ciekawej zapowiedzi, nie skończyła się dobrze.
Nieco dziwnie słuchało mi się tego materiału, bo tak jak wspomniałem na początku – spodziewałem się czegoś szablonowego. Może w polskich kompozycjach, dość dźwięcznych i radiowych, słychać jeszcze nieco tę schematyczność, to anglojęzyczny materiał zaskakuje. Jest zadziornie, z pazurem i ciekawie, a nie odtwórczo. Przykładowo Here We Go, Catch Me czy Heart Of Gasoline – intrygujące brzmieniem, produkcją i samym wokalem, który niejednokrotnie ustala rytm całej kompozycji. Smaczek ma także High On Us, w klimatach optymistycznego rapu na miarę Illy, ale nie brzmi on do końca jak dopracowana kompozycja. Zniszczony potencjał, który niezbyt wpasował się również w klimat wydawnictwa.
Zstała wzbogacona również linia basowa, przez co piosenki, w których jest ona wyraźną, zyskały na chwytliwości i rytmiczności. Opozycyjnie przyjemne i łagodne dźwięki radiowe zostały złamane piosenkami, które są ostro zakończone i krótko „cięte”. W szacie muzycznej wykorzystano także więcej instrumentów, przez co całe wydawnictwo wydaje się być bogatsze i pełniejsze.
- Lirycznie jest tak samo jak na debiucie. Nie oznacza to, że jest źle. Jest mocno popowo, niezbyt ambitnie, ale dobrze. Poruszane są klasyczne tematy: od miłości, przez wiare w siebie i siłę kobiet, az po złamane serce.
Płyta broni się sama w sobie, na tle konkurencji nie wypada najgorzej. Dobre popowe wydawnictwo z widocznym postępem artystycznym samej artystki, która zdaje się, nie będzie szła po linii najmniejszego oporu – tak jak wskazywał na to debiut. Brakuje tu perfekcji i często potencjał utworów był zabity samym niedopracowaniem, ale jest naprawdę dobrze. Zdaje się, że Lanberry to bomba z lekko opóźnionym zapłonem, która prędzej czy później eksploduje. Już zaczyna porządnie iskrzyć. Warto bacznie się jej przyglądać.

