Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club (2021), recenzja Kacpra Pelo

Prawie dziesięć lat temu debiutowała z płytą Born to Die i została okrzyknięta objawieniem rynku muzycznego. Przez ten czas niejednokrotnie udowodniła swoim słuchaczom, że jest godna tego tytułu. Teraz przychodzi już z siódmym albumem studyjnym – Chemtrails Over The Country Club i gorzko rozlicza się ze blaskami i cieniami sławy.   

O tym, że Lana Del Rey rozpoczęła pracę nad nowym projektem dowiedzieliśmy się już w dzień wydania Norman Fucking Rockwell!. Początkowo miał nosić tytuł White Hot Forever i wyjść już we wrześniu 2020 roku, lecz artystka poinformowała swoich fanów, że nie tylko tytuł, ale również data wydania ulegnie zmianie. W taki sposób przemianowała płytę na Chemtrails Over The Country Club, a ujrzała ona światło dzienne w marcu 2021 roku. Podobnie jak w przypadku poprzedniego albumu, tym razem znów współpracowała z Jackiem Antonoffem. To właśnie on jest odpowiedzialny za folkowe brzmienia, które hipnotyzując, przenoszą do zupełnie innego świata. Ich poprzedni wspólny projekt został doceniony nominacją do nagrody Grammy w kategorii „Album roku”. Jestem pewien, że tym razem na samej nominacji się nie skończy.

Lana dała się poznać jako artystka, która silnie inspiruje się spuścizną amerykańskiej kultury. Dlatego też z jej dawnych utworów wypływała nostalgia i tęsknota za minionymi czasami. Sama w pewien sposób wykreowała swój wizerunek artystyczny (a co za tym idzie – swoją przeszłość) tak, jakby sama pochodziła z tamtej epoki. Śpiewała wtedy głównie o miłości, jednak nie tylko tej szczęśliwej. Najczęściej jej utwory wypełniał smutek i pojawiały się w nich wątki relacji toksycznych i platonicznych, przez co artystka była niejednokrotnie krytykowana. Przełom w jej sztuce nastąpił wraz z albumem Lust For Life, na którym jej narracja zaczęła ulegać zmianie. Nic dziwnego, w końcu z dwudziestokilkuletniej piosenkarki, która dopiero raczkowała w Hollywood, stała się dojrzałą artystką, patrzącą na świat zupełnie inaczej. Zauważyła tę ciemną stronę sławy, którą obecnie głośno krytykuje. Robi to nie tylko w swojej muzyce, ale też w wierszach, bo Lana spełniła swoje marzenie i wydała pierwszy tomik poezji. Na jego kartach można poznać ją z jeszcze innej strony. Jednak jedna rzecz pozostaje niezmienna – jej autentyczność i konsekwentne podążanie wyznaczoną przez siebie ścieżką. Efektem tego jest właśnie nowa płyta.

Wraz z dojrzewaniem Lany przyszła chęć eksperymentowania. Wcześniej pozostawała w swojej strefie komfortu, poza którą wykraczała niezwykle rzadko. Jakiś czas temu obrała nowy kierunek, w którym bawi się muzyką. Chemtrails… znacznie wyróżnia się na tle innych już od pierwszych sekund. W jego świat wprowadza słuchaczy piosenka White Dress, która wręcz idealnie gra pierwsze skrzypce. Dlaczego? Sam utwór po prostu mocno odbiega od konceptu, w ramach którego tworzyła wcześniej artystka. Śpiewa w nim w zupełnie inny sposób, przez co sama piosenka jest tak oryginalna. Wspomina w niej czasy, gdy jeszcze nie była sławna i prowadziła spokojne, proste życie. Oszczędny w środkach kawałek skupia się w pełni na głosie Lany, którym sprytnie operuje i zmienia go w różnych partiach piosenki – od mocnych uderzeń po spokojne szepty na samym końcu. W ten sposób rozpoczyna rozliczanie się z własną przeszłością i obalanie mitu wspaniałego amerykańskiego snu, który sama kiedyś kreowała.

W podobnym klimacie jest utrzymana cała płyta. Spokojne, folkowe melodie świetnie współgrają z tematyką Chemtrails… Podobnie jak w przypadku Honeymoon album jest bardzo jednorodny, dzięki czemu tworzy spójną całość. Nie jest przy tym jednak w żadnym stopniu nużący. Chociaż każdy utwór ma ten sam rdzeń, wszystko inne rozgałęzia się w swoją stronę. Ale każdy z nich jest tam potrzebny i gra kluczową rolę w odbiorze płyty. W porównaniu do poprzednich jest ona dość krótka – trwa około czterdziestu minut, gdy pozostałe grały sporo ponad godzinę. Jednak nie jest to jej wada, a ogromna zaleta. Chociaż to tylko jedenaście utworów, wszystkie są dopracowane i dopięte na ostatni guzik. Na próżno szukać tu jakichkolwiek „zapychaczy”, które wypełniałby tylko czas na płycie, przy okazji nic nie wnosząc. W tym przypadku każdy dźwięk, każde słowo jest ważne. Jeśli to właśnie z ostatnimi szlifami było związane przesunięcie premiery, był to jak najbardziej dobry krok. Poczekaliśmy kilka miesięcy dłużej, prawda, ale w tym okresie Lana i Jack stworzyli album, z którego są naprawdę zadowoleni. Począwszy od White Dress, aż po For Free – wszystkie utwory mają swoją istotną rolę do zagrania.

Jednak tą najważniejszą cechą, dzięki której płyta zyskuje na wartości jeszcze bardziej, jest jego autentyczność i szczerość. Co prawda, Lana Del Rey zawsze pisała swoje własne teksty na wcześniejsze albumy, lecz wtedy raczej opowiadała wykreowane przez siebie historie. Od pewnego czasu śpiewa o tym, co naprawdę czuje – przytłoczenie blaskiem fleszy, trudne relacje, prawdziwa cena sławy… W Wild At Heart rozważa nawet porzucenie swojej kariery, o czym możemy też pośrednio przeczytać w Violet Bent Backwards Over The Grass. Jest taka piosenka, która złapała mnie za serce. Chodzi o Not All Who Wander Are Lost – melancholijny, nostalgiczny utwór, w którym delikatnemu wokalowi Lany akompaniują jedynie spokojne brzdąkania gitary. Czerpiąc z Tolkienowskiego wiersza przygląda się z oddali swojemu nieustannemu życiu w trasie i braku jednego miejsca na Ziemi. Ale jak śpiewa – nie wszyscy, którzy wędrują są zagubieni. Kieruje nimi po prostu żądza wędrówki.

Choć w jej karierze zdarzało się to naprawdę rzadko, na Chemtrails… znajdują się aż dwie kolaboracje. Pierwsza z nich to ballada w stylu country z Nikki Lane. Opowieść w słodko-gorzkiej relacji jest inspirowana związkiem George’a Jonesa i Tammy Wynette. Głosy tej dwójki świetnie się ze sobą ścierają i Lana wypada naprawdę dobrze w tym kawałku, choć to nie jest typowy dla niej gatunek. Chociaż swoją drogą, cała płyta miesza w sobie wpływy różnych stylów, w tym również country. Ciekawie byłoby ją usłyszeć w innych południowych brzmieniach. Kolaboracja również zamyka płytę. For Free wraz z Zellą Day i Weyes Blood jest coverem utworu Joni Mitchell, który można było usłyszeć na trasie Norman Fucking Rockwell Tour. Sama piosenka też dobrze wpisuje się w ramy, w których zamknięty jest album. Opowiada w końcu o kontraście pomiędzy sławnym artystą a ulicznym muzykiem, który gra za darmo. Jaka jest między nimi różnica? Praktycznie żadna – oboje tworzą sztukę. W taki sposób Lana otwiera i zamyka album pozostając w tematyce gorzkiego rozczarowania sławą. I nad tymi rozmyślaniami zostawia słuchaczy samych.

Myślę, że Chemtrails Over The Country Club otwiera nowy rozdział w karierze Lany Del Rey. Nie boi się już eksperymentować z muzyką, czy przelewać na papier wszystkich swoich przemyśleń i emocji. Dzięki temu płyta ta jest tak szczera i oryginalna. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że dotychczas najlepsza w jej dyskografii – choć poprzednie ustawiły poprzeczkę naprawdę wysoko. Lecz to właśnie ta otwartość i słodko-gorzki klimat sprawiają, że jest tak urzekająca. Mam nadzieję, że przy kolejnych projektach będzie nadal szła tą ścieżką i doprowadzi ją ona do następnego, niesamowitego albumu.

Czytaj również

Prawie dziesięć lat temu debiutowała z płytą Born to Die i została okrzyknięta objawieniem rynku muzycznego. Przez ten czas niejednokrotnie udowodniła swoim słuchaczom, że jest godna tego tytułu. Teraz przychodzi już z siódmym albumem studyjnym – Chemtrails Over The Country Club i gorzko rozlicza...Lana Del Rey - Chemtrails Over The Country Club (2021), recenzja Kacpra Pelo