Cztery lata kazała czekać swoim fanom Kylie Minogue na jej nowy materiał. W końcu, 14 marca premierę miała dwunasta płyta studyjna australijskiej wokalistki – Kiss Me Once, która elektryzuje już od pierwszego przesłuchania.
Na albumie znaleźć można to, do czego przez lata przyzwyczaiła nas artystka, czyli popowe numery inspirowane najnowszymi trendami w muzyce. Album otwiera taneczny singiel Into the Blue, zawierający elektro-popowe wstawki, dominujące teraz w utworach puszczanych w rozgłośniach radiowych. Całość została ładnie wyprodukowana i płynnie przeszła do kolejnego numeru – Million Miles, którego jednym z producentów został Cutfather oraz Daniel Davidsen, współpracujący z Minogue nad tytułowym utworem z poprzedniej płyty pt. Aphrodite. Podobnie jak w singlu Into the Blue, w utworze przeważają brzmienia elektroniczne zmiksowane z popowymi, co stworzyło miłą w odsłuchu propozycję, nadającą się na kolejny singiel promujący wydawnictwo. Takie samo wrażenie można wysnuć przy słuchaniu chociażby tytułowego utworu Kiss Me Once, które od razu wpada w ucho i wyraźnie nawiązuje do poprzedniej twórczości artystki.
Na płycie usłyszeć można także nawiązanie do muzyki dyskotekowej lat 90., którego przedstawicielami na krążku są m.in.: I Was Gonna Cancel, momentami bardzo przypominający zeszłoroczny przebój zespołu Daft Punk – Get Lucky. Zresztą, nic dziwnego, bowiem autorem i producentem obu piosenek jest Pharrell Williams, dlatego pewne podobieństwo utworów nie jest przypadkowe. Podobne „przeniesienie” do przeszłości zaoferowane zostało w kawałku Sexy Love, nawiązującym do repertuaru Minogue z początków jej kariery, czyli czasów debiutanckiego albumu Kylie czy przełomowej płyty Fever z 2001 roku. Cała kompozycja to wyraźny ukłon w stronie muzyki lat 70.-80., w których dominowało disco, funk i R&B, a listy przebojów podbijał m.in. Michael Jackson. Na tle tych ciekawych utworów, niektóre propozycje wypadają blado. Nieco kiczowaty utwór Sexercize przywodzi na myśl Madonnę i jej ostatni, przepełniony syntezatorami repertuar, kolejne dwa – Feels So Good i If Only – także mogą nasunąć skojarzenia z przebojem Revolver amerykańskiej rewolucjonistki w muzyce pop. Intrygujące początki, narastające tempo, coraz mocniejsze „beaty” stworzyły razem przyjemną, chociaż nieco wtórną całość. Sama wokalistka brzmi w obu numerach bardzo podobnie do Madonny, głównie za sprawą przeciągania sylab oraz pewnej maniery śpiewania, zatracając w tym swoja osobowość. Więcej elektroniki połączonej z muzyką alternatywną usłyszymy na przyjemnym w odsłuchu, nieco „cukierkowym” na początku Les Sex.
https://www.youtube.com/watch?v=Jhz72IYX9rc
Wśród jedenastu numerów, które znalazły się na najnowszym wydawnictwie Minogue, znalazł się także jeden utwór nagrany we współpracy z Enrique Iglesiasem. Beautiful, zdecydowanie najmniej ciekawy kawałek z całej płyty, od pierwszych dźwięków irytuje nadmiarem syntezatorów słyszalnych w wokalu hiszpańskiego gościa. Nic dziwnego, wszak od zawsze wiadomo, że piosenkarz talentem wokalnym pochwalić się nie może, a obecność wszelkiego rodzaju elektroniki oraz edytorów głosu jest pozycją obowiązkową w każdym utworze, który nagrywa w studiu. Sama kompozycja nijak nie pasuje do reszty materiału, i tak już dość zróżnicowanego pod względem gatunkowym. Chociaż refreny brzmią całkiem znośnie, a Minogue robi, co może, by dało się przebrnąć przez cały utwór bez problemów z uszami, zwrotek nie da się przesłuchać bez poczucia zażenowania oraz rozczarowania – doborem współwykonawcy oraz jakością warstwy tekstowej. Na szczęście, tuż po nim słuchacz ponownie usłyszeć może popowy numer Fine, zamykający cały materiał z płyty. I pomimo że w nim także mamy do czynienia z małymi obróbkami wokalu w refrenie, piosenka ma bardzo ciekawy podkład i słucha się go z przyjemnością. Momentami, w tle można usłyszeć także Karen Poole, znaną fanom Minogue z wykonaniu chórków m.in. w Red Blooded Woman, Chocolate i Sweet Music z płyty Body Language czy w singlu Wow z dziesiątego wydawnictwa artystki pt. X.
https://www.youtube.com/watch?v=PyrDs8d1LJk
Albumu Kiss Me Once nie można nazwać przełomowym czy wyjątkowym w dorobku Kylie Minogue. Chociaż znajduje się na nim wiele potencjalnych przebojów na skalę Can’t Get You Out of My Head czy Confide in Me, w tym m.in. Million Miles, Fine czy singiel Into the Blue, podczas słuchania płyty można mieć wrażenie pewnego rodzaju „wtórności”, zbyt częstego i jawnego nawiązywania do poprzedniej twórczości wokalistki. Dużym plusem wydawnictwa okazało się eksperymentowanie, szukanie nowych trendów w muzyce i wplatanie ich w utwory. Całkowitą pomyłką była natomiast współpraca z Enrique Inglesiasem, który nie dość, że nie umie śpiewać, to jeszcze całkowicie przyćmił swoimi fałszami Minogue. „Wpadkę” zrekompensowało natomiast zatrudnienie do produkcji krążka święcącego ostatnio triumfy Pharrella Williamsa, który po raz enty stworzył murowany hit radiowy, opierający się na podobnych brzmieniach, jednak w tym przypadku podkreślający „drapieżną delikatność” głosu Kylie. Czteroletnia przerwa od ostatniej płyty, świetnego Aphrodite, narobiła fanom „smaka” na dobry materiał. Oczekiwania zostały co prawda spełnione, jednak szału nie ma, a jak na artystkę z dwunastoma albumami w dorobku, Kiss Me Once to trochę za mało.

