„W tym utworze użyliśmy grzechotki, którą wykonałam z puszki po mleku dla niemowląt”. Wywiad z Kwiatem Jabłoni

Wszystko, co związane z Kwiatem Jabłoni, jest piękne – ich śpiew, ich zdjęcia, ich teledyski, a nawet okładka ich debiutanckiej płyty – „niemożliwe”. Nic więc dziwnego, że jeszcze przed oficjalną premierą krążka zdobyli uznanie najważniejszego magazynu od piękna – Vogue. Maciej Ulewicz napisał o tym duecie: „Niewinna muzyka czaruje przebojowymi melodiami, pozytywną energią, i nieskrępowaną czystą radością życia.”. Słychać to w dźwiękach mandoliny, widać w skrzących się światełkach domku na Jazdowie i czuć w bezpośrednim obcowaniu z Kasią i Jackiem, czyli rodzeństwem, które tworzy Kwiat Jabłoni.

Niebawem tych wszystkich wrażeń będą mieli szansę doświadczyć szczęśliwcy, którzy załapali się na jeden (lub kilka!) z szesnastu koncertów z „niemożliwej trasy”, w tym wyprzedany już koncert w warszawskim „Niebie”. (szczegóły tutaj)

Ja też miałam okazję poznać ten duet, ale póki co nie na scenie, tylko w uroczym mieszkanku Kasi. Zobaczcie, o czym rozmawialiśmy w jej przytulnej kuchni przy herbacie.

Marta Umiejewska: To zacznijmy od początku. Skąd pomysł na nazwę zespołu? 

Jacek: Jak byliśmy mali, to co roku zbieraliśmy zgniłe jabłka w ogrodzie w naszym domu rodzinnym. Od dziecka śpiewaliśmy też taką studencką, punkową piosenkę o jabolu o nazwie Kwiat jabłoni – to było takie kiepskie wino sprzedawane w PRL-u. Ta piosenka nam się bardzo dobrze kojarzy. No i Kwiat Jabłoni ma takie same inicjały jak nasze imiona. 

MU: Ustalaliście na początku coś więcej niż tylko nazwę? 

Jacek: Tym razem tak; przy poprzednich projektach byliśmy bardziej spontaniczni. Teraz, jak powstawał Kwiat, ustaliliśmy mniej więcej jaką muzykę chcemy tworzyć, dla kogo będziemy pisać i jakich brzmień używać. Oprócz tego dobraliśmy paletę kolorów do zdjęć i grafik, żeby nasz wizerunek od początku był spójny. 

MU: Wiele osób chwali estetyczny aspekt waszego wizerunku. Czyja to zasługa? 

Kasia: Zdjęcia robił nam wybitny fotograf, laureat nagrody World Press Photo, Wojciech Grzędziński. Jest on głównie fotoreporterem. Dorzuciliśmy kilka własnych pomysłów i sugestii, ale zdjęcia nie wyglądałyby tak samo, gdyby nie jego oko, talent i sposób kadrowania. Sesja trwała raptem dwie godziny. Oprócz tego poświęciliśmy bardzo dużo czasu na współpracę z grafikiem, Mateuszem Różalskim. Na szczęście mamy z nim bardzo podobne poczucie estetyki. 

MU: Jak fakt, że jesteście rodzeństwem, wpływa na waszą współpracę? 

Kasia: Ma wiele plusów. Podobnie myślimy o muzyce, jesteśmy zgodni, możemy pracować w domu. Chcemy pisać na podobne tematy. Na początku zawsze wstydzimy się sobie wzajemnie pokazywać skomponowane piosenki, bo bardzo liczymy się ze swoim zdaniem, ale potem zazwyczaj okazuje się, że nam obojgu się podobają. 

MU: A co z podziałem pracy przy tworzeniu piosenek? 

Kasia: Tak się złożyło, że każde z nas napisało po połowie materiału na płytę. Nie piszemy piosenek wspólnie. Razem nadajemy im ostateczny kształt. Moim zdaniem słychać, które piosenki są czyje – Jacka piosenki charakteryzują się tym, że często podejmują tematy egzystencjalne i przeważnie są tekstowo gęstsze niż moje – ja używam mniej słów. Choć też nie zawsze – moja piosenka „nie ma czasu” ma tyle tekstu, że ledwie nadążam ze śpiewaniem. Jacek podjął się też pracy komputerowej przy tworzeniu albumu, czyli pracy nad warstwą elektroniczną w kompozycjach. Co prawda wspólnie wybieramy elektroniczne brzmienia i ja też mam każdorazowo coś do powiedzenia w tej kwestii, ale to on tworzy ostateczny kształt tej warstwy muzycznej.



MU: Stworzenie nowej melodii nie należy chyba do łatwych zadań. To trochę tak jakby próbować wymyślić nową głoskę czy kolor. 

Kasia: To jest dość trudne. Komponując zawsze zastanawiam się, czy przypadkiem gdzieś już wcześniej nie słyszałam tego, co napisałam. Wszystko już było, łatwo o powtórzenia. 

MU: Macie już melodię i tekst. Kiedy nadchodzi ten moment, że czujecie, że piosenka jest gotowa i nadaje się na płytę? 

Jacek: To bardzo zależy od utworu. Czasami udaje się nagrać wszystkie ścieżki w pół dnia, czyli bardzo szybko, a innym razem po dwóch tygodniach dochodzimy do wniosku, że jednak coś nam nie pasuje. Do studia wchodziliśmy na dłużej trzy razy – w lipcu, w sierpniu i pod koniec września. I właśnie we wrześniu dogrywaliśmy te rzeczy, których okazało się, że brakuje. Trudno jest sobie powiedzieć stop, bo zawsze człowiekowi się wydaje, że można by jeszcze coś dograć, poprawić. Nawet teraz mam jeszcze pomysły, jak mógłbym pozmieniać niektóre aranżacje. 

MU: Gracie na fortepianie i mandolinie, i te instrumenty pojawiają się w waszym repertuarze. Ale czy nie kusiło was, żeby dołożyć coś więcej? 

Kasia: Ja chciałam dodać trąbkę w utworze „dzień dobry”, ale nie zdążyliśmy. 

Jacek: Ja się uczę dodawania instrumentów wirtualnych, które brzmią jak akustyczne. Stąd w utworze „nic więcej” można usłyszeć sześć waltorni wygenerowanych z komputera. To, jakie instrumenty się pojawią i w jakiej liczbie, wychodzi w czasie prób. Czasami po prostu słyszymy, że w danym utworze brakuje przestrzeni. Pomaga nam w tym Łukasz Zięba, nasz realizator. 

Kasia: Bywa, że to wychodzi przypadkowo, gdy siedzimy nad programem z brzmieniami, słuchamy i zastanawiamy się, co by nam pasowało. Komputer daje nieograniczone możliwości. Ten album wydaje się akustyczny, a mimo to jest na nim sporo elektroniki. Ale niektóre dźwięki dogrywamy też sami – takie jak pstrykanie czy gwizdanie w piosence „za siódmą chmurą”. W tym utworze użyliśmy też grzechotki, którą sama wykonałam z puszki po mleku dla niemowląt.

MU: Dopracowaliście już szczegóły waszej trasy koncertowej? 

Kasia: Wszystko już jest ustalone. W Warszawie supportować nas będzie świetna młoda grupa naszych przyjaciół – Andre and the Giants. Wiele koncertów na trasie zagramy w czteroosobowym składzie, poszerzonym o perkusję i gitarę basową. Nie zmieni to oczywiście charakteru naszego zespołu, zagramy po prostu mocniej. Wsparcie innych instrumentów pozwoli nam w dodatku na większą interakcję z publicznością. 

Jacek: Pojawią się też niespodzianki pod względem wizualnym. Zadbamy o scenografię, której elementy sami wykonaliśmy! „niemożliwa trasa” będzie na pewno dobrze przemyślana. 

MU: Oboje byliście kształceni w zakresie muzyki klasycznej. Myśleliście kiedyś o innym śpiewie niż rozrywkowy? 

Kasia: Ja przez dwa lata chodziłam na śpiew operowy, ale tylko po to, żeby poszerzyć swoje umiejętności. Miałam też zajęcia ze śpiewu folkowego, ale zawsze chciałam śpiewać rozrywkowo czy też jazzowo. Teraz nadal chodzimy na lekcje śpiewu do świetnej nauczycielki Jagny Sokorskiej-Kwika, żeby pracować nad głosem. Nigdy nie czułam, że mogłabym wykonywać muzykę poważną zawodowo – to bardzo stresujące.

MU: A jakie są wasze marzenia? 

Jacek: Poczuję się spełniony, kiedy zagramy trasę „Kwiat Jabłoni symfonicznie”. W ramach studiów kompozytorskich dużo piszę na orkiestrę i bardzo chciałbym coś zaaranżować dla Kwiatu Jabłoni. Już nawet wstępnie rozmawiałem z moim przyjacielem dyrygentem, Mateuszem Gwizdałłą; chcielibyśmy coś razem zrobić. Ale to plany na trochę późniejszą przyszłość niż najbliższe lato. 

Kasia: Częściowym spełnieniem moich marzeń byłoby zagrać na Open’erze. 

MU: To nie powinno być zbyt trudne do osiągnięcia… 

Kasia: No nie wiem… Jeśli się uda, to spełnię największe marzenia już w lipcu. I co dalej? (śmiech) Oprócz tego marzy mi się zagrać z Natalią Przybysz albo z Łoną. O! To byłoby coś.

Ostatnio opublikowane