Kwabs – Love + War (2015), recenzja Michała Pietruszki

Są takie albumy, na które cały świat czeka z zapartym tchem. Dawno ogłoszone ale nadal niewydane krążki mają w zanadrzu takie nazwiska jak Adele czy Rihanna. Jednak im niepotrzebna jest jakakolwiek wcześniejsza promocja, by wydany z zaskoczenia (oby) album trafił na usta zarówno krytyków muzycznych jak i zwykłych słuchaczy. Inaczej rzecz się ma z również wielokrotnie przekładanym, debiutanckim dodajmy, wydawnictwem brytyjskiej nadziei muzycznej Kwabsa. Po gigantycznym sukcesie Walk w całej Europie, wokalista ani nie wydał godnego singlowego zastępcy, ani nie spieszył się tym bardziej z całą płytą. Skończyło się na tym, że jego wytwórnia przegapiła trochę przysłowiowe pięć minut jego popularności i pozwoliła nam nieco o nim zapomnieć.

A na sukces Kwabena Sarkodee Adjepong, bo tak brzmi pełna tożsamość tego dwudziestopięcioletniego londyńczyka, zapracował sobie z nawiązką. Po trzech latach pracy jako główny wokalista w prestiżowej National Youth Jazz Orchestra rozpoczął edukację w równie prestiżowej Royal Academy of Music. Już w czasie owych studiów szukał swojej drogi na muzyczny szczyt. W 2011 wziął udział w dużym ogólnokrajowym projekcie pod skrzydłami Goldiego występując ze specjalnym show przed rodziną królewską. Jak teraz można się przekonać, recepta na sukces nie zawierała w sobie królewskich kontaktów. Wytwórnia Atlantic Records zainteresowała się wokalistą dopiero po umieszczeniu przez niego swoich wersji hitów Jamesa Blake’a czy Corinne Bailey Rae. Bez echa Kwabs nie przeszedł również w corocznie organizowanym plebiscycie BBC Sound of Year ustępując m.in. sensacji elektronicznej sceny Years&Years. I tu pojawia się, kluczowe moim zdaniem, pytanie. Czy w 2015 roku jest jeszcze miejsce w głośnikach dla Kwabsa? Lista brytyjskich artystów, którzy wydali w tym roku debiutanckie krążki (nie wspominam już o drugich, trzecich, n-tych) jest imponująca. Lianne La Havas, James Bay, Wolf Alice, Ella Eyre, Rae Morris, Jess Glynne, Soak czy wspomniani już Yearsi. Fani Kwabsa mogą odetchnąć z ulgą – Brytyjczyk pasuje do tego towarzystwa jak nikt inny.

Love+War można zaliczyć do materiałów spójnych brzmieniowo, ale na pewno nie monotonnych. Kwabs na owym wydawnictwie żongluje naprawdę różnymi stylistykami, robiąc to jak na rasowego artystę przystało z wyczuciem i naturalnym już chyba instynktem. Otwierająca, tytułowa zresztą kompozycja to obok singlowego i dobrze wszystkim znanemu Walk jest tu bez wątpienia najjaśniejszym punktem. To elegancka, wyważona kompozycja, charakteryzująca się delikatnymi chórkami czasami przywodzącymi na myśl gospelowe zacięcia. Następująca po niej Fight For Love to natomiast jedna z niewielu propozycji na krążku gdzie słychać bardziej nowoczesne, odważne brzmienia up-tempo. Ba, nawet wstawki wywodzące się z pogranicza house/edm, choć może na innym poziomie niż to ma miejsce chociażby u Calvina Harrisa. Między innymi w tym numerze szukałbym szansy na kolejny radiowy sukces – utwór bez pardonu dorównuje obecnym trendom na szczytach list przebojów. Idąc dalej, całkiem dobrze wypadają lekkie My Own czy przyjemnie bujające Make You Mine, oba łączące z sukcesem dźwięki rhythm’n’bluesowe z lat 90. poprzedniego wieku. Ich echa słychać również w takich kompozycjach jak chociażby Layback czy Look Over Your Shoulder, choć tu warstwa dźwiękowa jest o wiele bardziej minimalistyczna, a pierwszemu z nich nie można odmówić hip-hopowego drygu.

Nie zapomnijmy jednak jaki gatunek muzyczny jest najbliższy sercu tego Brytyjczyka. I choć właśnie soulowe smaczki Kwabs przemyca na niejednej kompozycji na Love + War, to ich kulminacja przypada na trzy utwory: Perfect Ruin, Forgiven, Father Figure. Spokojne, chwytające za serce, oczyszczające. W każdej z nich mocny, barytonowy głos wokalisty sprawdza się jak w żadnej innej. Jego plastyka i emocjonalność sprawia, że nie sposób nie umieścić go w tej samej szufladzie co Sama Smitha, który nomen omen wyczarował sobie w tym roku między innymi cztery statuetki Grammy. Wracając do Kwabsa (jednocześnie oczywiście życząc mu jeszcze większych sukcesów), spora liczba piosenek na jego debiucie poświęcona jest jego dzieciństwu, w szczególności wychowania go przez przybranych rodziców. I tak Father Figure bohater recenzji rozprawia się z tym doświadczeniem – śpiewa o dorastaniu bez biologicznego ojca i wpływie tego na dorosłe życie.

Przesłuchując debiutanckie wydawnictwo Kwabsa ma się wrażenie, że muzyk doskonale wie jak jego muzyka powinna brzmieć. Nie brak tu oczywiście eksperymentów czy małych potknięć (infantylnie zamykający płytę kawałek Cheating On Me to jeden z nich), które mimo wszystko nadrabiane są przez kawał naprawdę porządnej muzyki z najwyższej półki. Kwabs, podobnie jak autor nieśmiertelnego Kiss From A Rose, ma umiejętność trafiania w gusta zarówno tych nieco bardziej wymagających słuchaczy jak i tych o bardziej komercyjnych upodobaniach. Mam tym samym nadzieję, że muzyczne i wokalne porównania do Seala nie okażą się tylko pustą mrzonką, a młodszy z panów nie okaże się tylko sezonową sensacją.

Czytaj również