Kto jeszcze słucha Cohena? Polacy. Felieton

Share This Post

Leonard Cohen wielkim poetą był. To wie każdy. Nie dostał Nobla jak Dylan – ale primo – może to dlatego, że nie zdążył, bo dopiero przyznanie Bobowi statuetki stworzyło koniunkturę odpowiednią do nagradzania pieśniarzy, (proszę zauważyć, że Homer też Nobla nie wygrał), secundo – przewidział dokładną datę swojej śmierci i wydał pożegnalny album tuż przed tym incydentem – sztuczka taka udała się do tej pory tylko jemu i Bowiemu. Geniusz jest więc niepodważalny i podważać go nie ma powodu, innego może niż czysta chęć wszczęcia awantury.

Ale co to znaczy? Jeśli ma zachwycać to kogo naprawdę, niezaprzeczalnie zachwyca? Na to jest kilka odpowiedzi. Na przykład, że fanów Shreka – czyli 70% populacji z dostępem do popkultury. Nawet ci najbardziej niezainteresowani hymnami quasikościelnymi, poezją śpiewaną i melodramatami, nawet oni mają w sobie specjalne miejsce dla utworu Hallelujah zaśpiewanego przez Rufusa Wainwrighta. Są tacy, co twierdzą, że piosenki powinno się śpiewać, nie mruczeć, a to nieporozumienie prowadzi ich do wyszukiwania coverów nagrań Cohena. W 2016 rok The Rolling Stone opublikował ranking dziesięciu najlepszych reinterpretacji jego utworów. Poznałam w ten sposób Jeffa Buckeleya, więc taka profanacja Cohenowych mruczanek przyniosła mi jakieś korzyści, ale rozchodzi się o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów, cytując klasyk polskiego kina.

Kto jeszcze słucha Cohena? Polacy. Przynajmniej tak główny zainteresowany odpowiedział złośliwej dziennikarce w wywiadzie z 1985 roku. Może coś w bezdennej beznadziei jego tekstów i aranżacji przemawia do mieszkańców kraju w którym przez 80 % roku mży oraz pada.

Ale to nie o tym chciałam opowiedzieć, tak naprawdę. Skąd mi się wziął Cohen? Rocznica jego śmierci jest w lutym, poza tym idzie wiosna, jedyna pora roku w której łatwo jest tu słuchać prostych, naiwnych, idiotycznie optymistycznych piosenek. Więc dlaczego ja uparcie powracam do najsmutniejszych piosenek zimowych? Wcale nie przez masochizm. Nic a nic.

Otóż koniec marca to był dobry muzycznie czas dla pretensjonalnych dziewcząt. 24 wyszedł nowa płyta Lany Del Rey, z najlepszymi recenzjami od dawna. Tydzień później ukazał się pierwszy pełnowymiarowy album zespołu boygenius – stworzonego przez Phoebe Bridgers, Lucy Daus i Julian Baker. Każda z nich funkcjonuje jako samodzielna piosenkarka, ich płyty snują się pomiędzy alternatywą, popem a indie rockiem, między nastoletnią wściekłością, a spokojem i choć to wszystko to bardzo ogólny opis, to jest to właśnie świeża, wiosenna muzyka, którą, tak jak nowy album Lany, proszę koniecznie sprawdzić.


I w obu tych, powstających osobno, skupionych na kobietach albumach, w nich obu jest Leonard Cohen. Co tam robi? Bardzo dziwny zbieg okoliczności, ale naprawdę nie podejrzewam Lany del Rey i Phoebe Bridgers o pracowanie razem. Zwalam to raczej na wiosnę i nieśmiertelność klasyków.

A więc proszę sobie wyobrazić, że na obu tych albumach kluczowym i powracającym odniesieniem jest jedna – ta sama – piosenka Cohena. Wcale nieznana, nie było jej w Shreku, ani innych prominentnych kreskówkach. Całkiem zwyczajnie metafizycznym splotem okoliczności wers z Hymnu Leonarda Cohena, z 1995 roku – mówiący że There is a crack, a crack in everything //That’s how the light gets in – Wszystko jest popękane, i przez to właśnie przedostaje się światło – pojawił się, pewnie przez te szczeliny rzeczywistości, na dwóch wydanych w końcu marca albumach. boygenius śpiewa, że co prawda nie są mężczyzną w kryzysie egzystencjalnym w średnim wieku, ale się zgadzają. Lana poświęciła mu dwie, najpiękniejsze piosenki na swojej płycie, zawodząc o tym, że trzeba trochę łamać swoje serce, żeby wpuścić w nie światło.

Jak bardziej można by nie wszystek umrzeć, niż poprzez bycie cytowanym na albumach dziewiętnasto- i trzydziestoośmioletnich dziewczyn, sześć lat po swojej śmierci? Nie można.

spot_img

Related Posts

Matt Hansen z koncertem w Warszawie w październiku

Piosenkarz i autor tekstów z Los Angeles, Matt Hansen,...