Wczoraj zaprezentowaliśmy Wam pierwszą część naszego wielkiego tekstu na temat kariery Madonny. Czas na ciąg dalszy. Przeczytajcie do końca!
Madonna jest marką samą w sobie, wyznacza poziom nieosiągalny przez jej naśladowczynie. Jej problemem nie jest to, że usiłuje mierzyć się z obecnymi standardami – wychodzi wysoko ponad nie. Królowa Popu nie potrafi się zmierzyć z samą sobą, gdyż wyznaczając coraz wyższą jakość swojej pracy, w pewnym momencie osiągnęła kres możliwości. Madonna jest porównywana przede wszystkim do swojego dotychczasowego dorobku. Jej “oldschoolowy” system tworzenia wciąż cieszy się uznaniem branży – artystka sama pisze większość tekstów i muzyki, ściśle współpracuje z producentami i instrumentalistami, koordynuje każdy detal pracy nad jej albumami i trasami koncertowymi, krążki wydaje raz na kilka lat, a nie kilka razy w roku. Aktualnie, w muzyce pop, większość nazwisk, które widzimy na okładkach, to jedynie twarz i głos. Madonna to instytucja. Instytucja może pozbawiona wokalu klasy Whitney Houston czy Mariah Carey, ale nadrabiająca braki energią i temperamentem. Jednak nawet największy rygor pracy nie jest w stanie zrekompensować jednego – braku skutecznych pomysłów, a tym bardziej realizowania pomysłów niewłaściwych.


Madonna cierpi na karygodny wręcz brak autorefleksji. Od 1982 roku mknie niczym rozpędzony pociąg pancerny (z przerwami na macierzyństwo) przez muzykę pop, doskonale adaptując się do zachodzących zmian, jednocześnie sama je inicjując. To przecież jej znak rozpoznawczy – transformacje. Każda z trzynastu płyt reprezentuje inną Madonnę, zainspirowaną różnorakimi nurtami. Poznaliśmy Madonnę niepokorną (Like a Virgin), uduchowioną tak bardzo, że aż skrytykował ją Papież (Like a Prayer), wyuzdaną (Erotica), zafascynowaną religiami wschodu (Ray of Light), pacyfistkę (American Life), bądź królową disco (Confessions on a Dancefloor). To tylko część jej twarzy, ale już taka ilość wizerunków wydaje się nieprawdopodobna do udźwignięcia przez jedną osobę. Sekret sukcesu Madonny tkwi właśnie w tej umiejętności transformacji, dotychczas perfekcyjnej, choć nie zawsze w pełni efektywnej (krytyka rządów George’a W. Busha na American Life przełożyła się na kiepską sprzedaż w Stanach, a przesadna wręcz emanacja seksualnością na Erotice o mały włos nie zakończyła kariery Madonny). Każdą płytą odcinała się w pewnym sensie od wcześniejszego dorobku, a jedynymi momentami bardziej refleksyjnymi były tylko trasy koncertowe, na których, siłą rzeczy, sięgała po swoje największe przeboje, które jednak chętnie przearanżowywała, zgodnie ze stylistyką aktualnie promowanego albumu. Pociąg zaczął w końcu wyhamowywać, a nieświadoma, bądź niechcąca tego do siebie dopuszczać, artystka doznała bolesnego spotkania z bezwładnością. Madonna może być wciąż w doskonałej kondycji fizycznej, jej temperament może nadal być ognisty, ale nikt nie zaprzeczy, że jej kariera zwolniła. Królowa przestała wyznaczać trendy, a niestety za bardzo zaczęła ślepo za nimi podążać, nie do końca zdając sobie sprawę, że po artystce takiej rangi, z takim dorobkiem, z tyloma przebojami, nawet najgorliwsi fani (a do takich się zaliczam) spodziewają się czegoś więcej, niż nagości i kontrowersji. Coś jednak drgnęło, gdyż na trasie “Rebel Heart Tour”, zakończonej w 2016 roku, Madonna zaczęła patrzeć wstecz. Setlista zawierałą wiele utworów, których artystka nie wykonywała od dawien dawna, prezentowała je w aranżacjach bardzo zbliżonych do oryginału, jednocześnie ton wszelkich wypowiedzi był pełen sentymentu, żeby nie powiedzieć podsumowania. Czy to zwiastun końca kariery? Madonna nie będzie w stanie zgrywać nastolatki do końca życia, a jej kondycja fizyczna nie pozostanie nieskazitelna do późnej starości. Odnoszę wrażenie, że Królowa Popu bardzo powoli, bardzo niepewnie rozważa zakończenie kariery. Bilety na jej trasę koncertową wyprzedały się na pniu. Madonna wciąż jest w szczytowej formie. To najlepszy moment, aby pozostać zapamiętaną, jako ikona popu.

Szukając dobrej puenty, zastanowiło mnie, dlaczego to Madonnie tak bardzo się obrywa. Przecież sam, z niebywałą łatwością, formułowałem ataki w jej kierunku, a uważam się przecież za jej wielkiego fana. Kiedy 70-letnia Cher występuje w strojach, co do których opory mogłaby mieć nawet Lady Gaga, w najgorszym wypadku ludzie się śmieją, ale z reguły są pełni podziwu dla odwagi i werwy “Bogini Popu”. Kiedy Dolly Parton, od pół wieku reprezentująca muzykę country, śmiało wypina obfitą pierś, rzadko kiedy padają w jej stronę obelgi. Nawet Tina Turner nie wahała się założyć kusej mini podczas swojej pożegnalnej trasy koncertowej, eksponując wciąż niepoprawnie zgrabne nogi. W jej wypadku jednak nie można mówić o jakichkolwiek kontrowersjach związanych z wizerunkiem – królowa rock and rolla zawsze cechowała się klasą i wyczuciem granic. Dlaczego więc tak chętnie krytykuje się Madonnę, która wciąż imponuje energią, kreatywnością i oszczędnym, jak na współczesne standardy, poprawianiem urody? Może dlatego, że jest tak wielką gwiazdą? A może dlatego, że po prostu młodzi lubią krytykować starszych, a Madonna w ich oczach to sztandarowy wręcz przykład “dzidzi-piernik”. Co jednak istotne, krytyce rzadko podlega muzyka artystki, a praktycznie zawsze jej wizerunek, niezmiennie kontrowersyjny. Jej ostatni album spotkał się z uznaniem recenzentów, a nawet uznano go za najlepszą produkcję od czasów znakomitego Ray of Light. Ekspansja młodości w nowoczesnych mediach spowodowała, że starszym wykonawcom trudniej przebić się do “mainstreamu”. Niezależnie od tego, jak wybitną płytę nagrałaby Madonna, już zawsze będzie pod ostrzałem, gdyż nie boi się być seksowną, ambitną, a przede wszystkim nie zamierza zejść z piedestału. Czy powinna zatem obniżyć nieco ton? Ray of Light udowadnia, że uduchowiona Madonna przekonuje i świetnie się sprzedaje. Czy jednak taka transformacja jest potrzebna? Bez ryzyka nie ma zabawy, a Królowa Popu nie robiła od dłuższej chwili niczego, co mogłoby zrewitalizować jej karierę, jednocześnie nie robiąc też niczego, co mogłoby strącić koronę z głowy. Może jej blask trochę przygasł, a tron trzeszczy, ale insygnia dzierżone przez 33 lata kariery nie rozpadną się bez przyczyny. Chociaż obecna Madonna pozostaje we własnym cieniu, to nie ma co się takiej postawy wstydzić – każdy chciałby być pamiętany, jako najpotężniejsza kobieta w muzyce pop.

