Kovalczyk – Kovalczyk Big Band Project (2013), recenzja Marty Mrowiec

Charakterystyczne brzmienie, które pragnąłem uzyskać na tej płycie, to konsekwencja całego zamysłu projektu, jakim jest powrót do analogowo nagrywanej muzyki na żywo. KOVALCZYK BIG BAND PROJEKT to powrót do korzeni muzyki. Również taki sposób realizacji w pełni oddaje klimat tekstów i muzyki jaką napisałem na tę płytę – mówi o swoim nowym wydawnictwie Kowalczyk. Jaki klimat zatem panuje na tym wydawnictwie?

Niewątpliwie te 36 minut, które Paweł Kowalczyk proponuje nam w swoich 10 utworach to czas jak najbardziej dobrze wykorzystany. Po przesłuchaniu tego albumu pierwszą moją myślą było: Pawle dlaczego tak krótko? Dlaczego tylko 10 utworów? Płyty słucha się rewelacyjnie, nie jest nużąca i męcząca. Wciąga i magnetyzuje. Widać, że artysta postawił na jakość a nie ilość i jak dla mnie jest to wydawnictwo, które zasługuje na światowy rozgłos. Takimi artystami powinniśmy się chwalić i ich promować. Niestety w naszym kraju promuje się wszelkiego rodzaju muzyczne papki, schodzące jak z linii produkcyjnej, którymi katują nas potem we wszystkich stacjach radiowych, i których mamy dosyć. Mam nadzieję, że wydawnictwo Pawła Kowalczyka nie przejdzie bez echa i zostanie docenione. Niewątpliwie jest to projekt, na który warto zwrócić uwagę.

Wydawnictwo otwiera utwór Promisee, który jest numerem bardzo energicznym i żywiołowym z wplecionymi bardziej stonowanymi momentami. Następnie dostajemy Everything Passes, kompozycję zupełnie różną od poprzednika. Bardziej subtelny i leniwy, jednak tak samo przyciągający. Rise Me Up to propozycja, która od pierwszego odsłuch powala i zachwyca. Całość podkreśla, wręcz orkiestrowy, aranż połączony ze świetnym chórem i chwytliwym nieco gospelowym  refrenem. About the World to głównie popis możliwości wokalnej artysty. W utworze Freedom uwagę zwracają świetne chórki. De facto przy okazji recenzji tego albumu powinnam chociaż w kilku słowach zatrzymać się przy każdej kompozycji. To zadziwiające jak można stworzyć spójny album z tak różnorodnymi kompozycjami. W każdym z 10 numerów słuchacz zwraca uwagę na coś innego, czy to na świetny wokal, rewelacyjne chórki, dobre partie gitarowe, dęciaki czy też na solówki na trąbce.  I tak po Freedom w lekką melancholie wprowadza nas piosenka Dream. Bardzo łagodna, subtelna, zwyczajnie kojąca. Czuć ciepło w głosie oraz emocjonalność artysty. Warsaw’s Calling to kolejny z żywych numerów, który wpada w ucho i przy, którym chce się zatrzymać. Paweł ciekawie w swoje bardziej energiczne numery wprowadza wolniejsze fragmenty, nie sprawia to jednak, że numer w momencie zwalnia i traci swój impet, wręcz przeciwnie. W History uwagę zwracamy na genialna solówkę na trąbce, a z kolei Too much too late to ukłon w stronę funku. Na zakończenie dostajemy wisienkę na torcie, wieńczącą album w postaci kompozycji No Words. W numerze tym aranżację przygotowała światowej sławy pianistka Beata Szałwińska. Jest to moim zdaniem najlepszy utwór na płycie. Aczkolwiek w przypadku tak równego i spójnego krążka trudno doszukiwać się faworytów.  Powiedzmy, że ten delikatnie wysunął się na prowadzenie. Urzekł mnie bardzo emocjonalny wręcz porażający przejęciem i zaanagazowaniem wokal artysty.

Pawłowi udało się uniknąć nagrania albumu typowo retro. Całość jest świeża i zasługuje na uznanie. Nic dziwnego skoro nad albumem pracowało wielu uznanych muzyków. I tak wspierali go przy partiach wokalnych Małgorzata i Magdalena Kuś (Shata QS). Natomiast wśród zacnych instrumentalistów znaleźli się: Marek Napiórkowski (gitara), Robert Kubiszyn (gitara basowa), Robert Luty (perkusja), Paweł Tomaszewski (pianino), Przemysław Kostrzewa (trąbka), Dariusz Plichta (puzon) i Tomasz Busławski (saksofon). I po raz kolejny powtórzę – mam nadzieję, że wydawnictwo Pawła Kowalczyka nie przejdzie bez echa i zostanie docenione, bo w 100% na to zasługuje.

kovalczyk big band project

Czytaj również