Kortez wystąpił w Filharmonii Podkarpackiej. Relacja Alicji Surmiak

0
170
fot. https://www.instagram.com/dagmarawu/

Kortez – jeden z najciekawszych nowych artystów polskiej sceny muzycznej – jest świeżo po wydaniu swojego drugiego studyjnego albumu, a co za tym idzie – trwa trasa koncertowa promująca go. W jej ramach muzyk zaplanował ponad 30 koncertów w całej Polsce. W ostatni poniedziałek (13.11) zawitał również do Rzeszowa.

Wokalista wystąpił w Filharmonii Podkarpackiej w towarzystwie nie całego zespołu, a dwóch muzyków. Mimo wszystko, nie znaczy to w żadnym wypadku, że koncert ten był ubogi instrumentalnie – wręcz zaryzykuję stwierdzenie, że ci panowie budzili we mnie jeszcze większy podziw, iż znajdując się na scenie w trójkę, potrafią odegrać koncert, któremu niczego nie brakuje. Pozytywnie odbieram również to, że sam Kortez nie starał się być w centrum uwagi – i choć pierwszy utwór (gitarowa aranżacja Niby nic) odśpiewał na środku sceny, szybko „uciekł” na bok by większość kolejnych kawałków wykonać przy fortepianie.

Jeśli istnieje wśród miłośników muzyki tego artysty podział na zwolenników albumu Bumerang i tych, którzy preferują jednak Mój dom – z pewnością mogę stwierdzić, że obie grupy wyszły z tego koncertu zadowolone, gdyż jego repertuar był mieszanką tego, co znajdujemy na płytach Korteza. Właściwie na zmianę mogliśmy słyszeć piosenki z debiutu, jak i najnowszego krążka. Jedyne, czego mi mogło brakować z tego drugiego to Dobrze że cię mam  – a jak wywnioskowałam ze zdobytej setlisty, kompozycja ta została  z niej niestety wykreślona. Świetnie wynagrodziły to jednak Film przed snem We dwoje. 

Zarówno Kortez niewiele podczas swojego występu niewiele mówił, jak i publiczność raczej nie odśpiewywała piosenek razem z nim. Z najbardziej entuzjastycznym odbiorem spotkały się jednak kompozycje Z imbirem oraz Od dawna już wiem – ta druga, choć niesamowicie smutna, mimowolnie wywołała u mnie uśmiech na twarzy. Niemal cały koncert czekałam na to, by ją usłyszeć. Nie zabrakło także znanego wszystkim doskonale Wiem, że mnie podglądasz, które artysta wykonał jako bis. Jeśli miałabym jednak wymienić wykony, które podczas całego widowiska najbardziej przykuły moją uwagę, wskazałabym na Bumerang – podczas którego muzycy udowodnili, jak precyzyjną aranżację można stworzyć w trzy osoby – oraz jego zupełne przeciwieństwo: Ćma barowa, którą Kortez wykonał zostając na scenie sam. 

Ciężko pominąć kwestię samego stosunku wokalisty do swoich wielbicieli – Kortez po występie powrócił do fanów, by spędzić z nimi chwilę czasu, zamienić słowo, podpisać płyty. Pozostawił po sobie wrażenie osoby niezwykle sympatycznej, otwartej, pozytywnej, zabawnej. Jeśli sam koncert mógł poprawić humor, to po krótkim osobistym spotkaniu z artystą, z budynku filharmonii wychodziło się z uśmiechem przylepionym do twarzy i zdawać by się mogło, że nigdy on już z niej nie zejdzie.

Artysta spełnia wszystkie oczekiwania. Nie tylko muzycznie jest bez zastrzeżeń. Wieczór spędzony spędzony z Kortezem to po prostu miły wieczór. Jest kameralnie, jest sympatycznie. Jednym słowem: warto.