Korn – The Serenity of Suffering (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

0
249

Po wydaniu sporej ilości elektroniki na The Path of Totality, a także trochę lżejszych klimatach The Paradgim Shift obiecali, że powrócą do dawnego brzmienia. Takiego mocnego, wyraźnego Korn jakiego kochają fani. Trzeba przyznać, że sztuka ograniczenia melodyjności na najnowszym krążku The Serenity of Suffering udała im się właściwie w 100%, a jednocześnie jedyny w swoim rodzaju charakter zespołu pozostał na swoim miejscu.

Już od pierwszych dźwięków utworu Insane możemy stwierdzić, że będzie dobrze. Może niezbyt zaskakująco, ale po prostu dobrze. Kompozycja zbudowana o tyle ciekawie, że mimo iż w pewnym momencie można stwierdzić, że zaraz dobiegnie jej koniec, to rozwija się jeszcze przez kolejną minutę. Przede wszystkim od samego początku pojawia się wyraźny rytm, a swoją obecność jak zwykle wyjątkowo zaznacza Jonathan Davis. Również singlowe Rotting In Vain utrzymane jest w tym, co grupy charakterystyczne. Trochę silniej jest już w Black Is The Soul, gdzie basy w refrenie pięknie dudnią w głośnikach, a bridge idealnie obrazuje fuzję świata muzyki metalowej i industrialu oraz hip-hopu.

Warto zwrócić uwagę na jedynego gościa pojawiającego się na The Serenity of Suffering. Słychać, że kawałek A Different World z udziałem Corey’a Taylora (Slipknot, Stone Sour) jest dokładnie połączeniem brzmienia charakterystycznego dla tych dwóch grup. Tutaj odsyłam również do niebanalnego klipu. Wracając do wokalisty, Jonathan Davis ma to do siebie, że potrafi posługiwać się swoim wokalem na najróżniejsze sposoby. Ba, całkiem nieźle mu to wychodzi. Najlepszym dowodem jest Everything Falls Apart, gdzie znajdziemy zarówno melodyjny wokal pojawiający się w zwrotkach, jak i rzadko używany przez wokalistę growl.

Przyjemnie odsłuchuje się płytę, na której zespół faktycznie w końcu odnalazł drogę do muzyki jaką tworzył przed laty. Elektronika, z którą eksperymentowali w The Path of Totality wraz ze Skrillexem na najnowszym materiale jest na szczęście w ilościach śladowych np. The Hating czy Next In Line. Jednak takie pojedyncze wstawki nadają tylko smaku i nie wpływają negatywnie na całość płyty. Poza tym płyta to przede wszystkim nisko strojone gitary, silne bębny i dobrze wspierający bas.

Trzeba jednak przyznać, że Korn nie odkrył tą płytą żadnych nowych horyzontów. Potrafili jedynie powrócić na ścieżkę, którą zgubili kilka lat temu. Utwory mijają jeden za drugim i żaden nie wyróżnia się z tłumu zbyt mocno. I nie pomoże tu nawet nawiązanie okładką do albumu Issues z 1999 roku. Aczkolwiek zapewne wielu fanów woli taką wersję zespołu, która po prostu robi swoje, niż za bardzo stara się majstrować i szukać nowej, nietrafionej drogi.