W sobotni wieczór przeniosłem się do świata pełnego pozytywnych emocji i dobrej zabawy. Mamy piękną, słoneczną niedzielę, a euforia pokoncertowa trwa i trwa… i chyba tak szybko nie odpuści.
Marcelina Stoszek. Tak brzmi pełne imię i nazwisko tejże artystki. Artystki, dla której przełomowym rokiem był rok 2011. Wtedy właśnie, wokalistka podzieliła się ze światem swoim debiutanckim albumem, zatytułowanym po prostu Marcelina. Później było już tylko lepiej… Marcelina była częścią line-upu Open’er Festival 2011, a także otrzymała nominację do Fryderyków 2012 w kategorii Debiut Roku. Artystka znalazła się również na piątym studyjnym albumie zespołu happysad, gdzie zaśpiewała gościnnie w piosence Nie będziem płakać. Współpraca zespołu z Marceliną układała się tak świetnie, że grupa ze Skarżysko-Kamiennej zaproponowała artystce bycie gościem specjalnym ich kolejnej trasy koncertowej. Z końcem roku 2012, światło dzienne ujrzała EP-ka Marceliny Znikam – dostępna jedynie w formie cyfrowej. Przyszła pora w końcu na rok 2013 i drugi studyjny album Wschody / Zachody, który swoją premierę miał wraz z początkiem października. Wczorajszy koncert miał na celu przede wszystkim (jak sama Marcelina powiedziała) promocję tego wydawnictwa.
Występ odbył się w Skwerze – filii Centrum Artystycznego „Fabryka Trzciny”. Samo centrum Warszawy, tuż przy Krakowskim Przedmieściu. Kameralna i na pozór ekskluzywna z zewnątrz przestrzeń, po chwili zaprasza nas poziom niżej, do miejsca w bardziej surowym i alternatywnym klimacie.
Koncert rozpoczął się chwilę po godzinie 21, gdy na scenie pojawił się pochodzący z Australii Phillip Bracken. Artysta zabrał nas w krótką podróż pomiędzy klimatem alternatywnego soulu oraz indie folku. Wszystko to wyłącznie dzięki eterycznemu głosowi i towarzyszącej Phillipowi cały czas gitarze. Wraz z godziną 21:40, przyszła pora na gwiazdę wieczoru. Koncert rozpoczął się krótkim intro zespołu Marceliny, składającego się z dwóch gitarzystów i perkusisty. Występ rozpoczął się od mocnego i dynamicznego wejścia Marceliny, która otworzyła go utworem Rocket Boy (nagrany wspólnie z June – zespołem jej gitarzysty Roberta Cichego), grając na wielkim bębnie. Mimo moich początkowych obaw (które czułem w trakcie pierwszego kawałka) co do nagłośnienia, w dalszej części występu wokal Marceliny prezentował się w sposób płynny i niezakłócony. Panowie dźwiękowcy nie zawiedli. Kolejnymi utworami była klimatyczna piosenka She Loves Him (pochodząca z EP-ki Znikam) oraz utwór Nigdy w Zawsze, który tylko utwierdził mnie w przekonaniu, iż Marcelina posiada bardzo specyficzny i urzekający wokal.
Później przyszła pora na występ z piosenką Bez Ramki, gdzie artystka postanowiła spocząć i zaprzyjaźnić się z gitarą. Zapewniam wszystkich…przyjaźń kwitnie i ma się dobrze :-) Słuchając wersji koncertowej tego utworu, nie mam wątpliwości, kawałek brzmi sto razy lepiej niż na płycie, gdzie wokal jest według mnie zbyt spłaszczony, a instrumenty nadzwyczaj ciche i mało wyraziste. Kontynuując promocję ostatniego longplaya, Marcelina zaprezentowała piosenkę Nie Maluję Się, podczas której świetną solówką popisał się gitarzysta Robert Cichy. Jedno jest pewne, artystce zespołu można pozazdrościć. Stworzyli świetne widowisko, przeplatane subtelnym wokalem Marceliny oraz ich perfekcyjną i bardzo pewną grą. Wraz z występem do kawałka Modlitwa o Pszczoły, wokalistka dała popis gry na harmonijce klawiszowej, zwanej melodyką. Było to moje pierwsze doświadczenie z tym instrumentem, jednak nadzwyczaj udane.
Przyszła pora na kawałek Wschody / Zachody, będącym pierwszym singlem promującym ostatni album. Klip, jak zdradziła sama wokalistka, powstał w afrykańskim Maroko i został wyreżyserowany przez nią samą. Przyznam, że był to najbardziej oczekiwany przeze mnie utwór, i tym razem się nie zawiodłem. Zresztą występ porwał nie tylko mnie, wyraźnie ożywiła się również publiczność. Będąc na fali, Marcelina zaprezentowała utwór Łap Mnie, który (jako jedyny na płycie) nie został napisany przez samą artystkę. Piosenkarka skorzystała z pomocy Jacka „Budynia” Szymkiewicza – członka zespołu Pogodno. Wykonał on świetną robotę, gdyż tekst Łap Mnie, idealnie wpasowuje się w całą liryczną stronę płyty. W dalszej części koncertu, usłyszeliśmy utwory Możesz Zostać, Tatku i kawałek Me & My Boyfriend, w trakcie którego Marcelina zagrała na mirlitonie (inaczej kazoo) – małym i niepozornym instrumencie, który wydaje naprawdę interesujący dźwięk. Nie muszę tłumaczyć, jaka była reakcja publiczności :-)
Nie mogę również nie wspomnieć o wspólnym występie Marceliny, Roberta Cichego i Phillipa Brackena, który ponownie pojawił się na scenie. Trio zaprezentował swój wspólny kawałek Deadman, gdzie mieliśmy okazję usłyszeć dwa nietuzinkowe wokale, których idealnym dopełnieniem były solówki gitarowe, zarówno Phillipa, jak i Roberta. Świetny występ.
Jeśli miałbym wybrać jeden z najlepszych momentów wczorajszego wieczoru, byłby to niewątpliwie występ z energetyczna piosenką Shake It Mama. Artystka wraz ze swoim zespołem doprowadziła publiczność tym kawałkiem do czerwoności, dając czadu ponownie na bębnie, który świetnie uzupełniał całość kompozycji muzycznej.
Na uwagę zasługuje również występ do piosenki Znikam, gdzie artystka zaprezentowała nam się tylko z gitarą, tworząc urokliwy i spokojny klimat. Nie bez przyczyny. Kolejnym utworem była ballada Karmelove, którą Marcelina chciała się pożegnać z warszawską publicznością. Żeby tego było mało, artystce towarzyszył na żywo również Piotrek Rogucki – wokalista zespołu Coma, który gościnnie występuje w utworze. Niespodzianka nieprzeciętna :-)
Niestety. Z szybkiego pożegnania wyszły nici. Widzowie nie dali tak szybko zejść Marcelinie ze sceny. Bisowali głośno, po czym artystka z wielką przyjemnością wróciła ponownie na niewielką scenę i zaśpiewała jeszcze Szukam Cię i ponownie Rocket Boy.
Podsumowując, nie potrafię w żaden sposób ocenić negatywnie występu Marceliny. Koncert był świetny w swojej prostocie i kameralności. W trakcie trwania całego występu, artystka utrzymywała (bardzo!) przyjazny kontakt z publicznością, żartując i uśmiechając się w każdym możliwym momencie. Tego właśnie oczekuję od koncertowego artysty. Zwyczajnej i prawdziwej interakcji z widzami. Marcelina zdała egzamin na 5+.
Czego mogę więc życzyć Marcelinie? Pozostania tak pozytywną i naturalną osobą oraz tworzenia wciąż tak interesujących utworów, pełnych jej ciepłego głosu i tekstów, które są tak uniwersalne, że każdy może interpretować je na swój własny sposób.










