Spośród wszystkich rodzajów koncertów, do których zaliczyć należy te oglądane na siedząco, leżąco, stojąca tudzież kucająco, zdecydowanie najbliższe memu sercu są te z możliwością stania, bo to one zawsze dają szansę na przerodzenie się w koncerty innego typu: skaczące. Ta szansa pojawiła się stosunkowo niedawno w gdańskim klubie Kwadratowa, a prowodyrem skoków okazało się kilku dżentelmenów związanych z tajemniczo brzmiącymi nazwami.
Czy to blond? Czy to błąd? Czy to prom? Czy to swąd?
Zacznijmy od portretu pamięciowego trójki głównych zakapiorów. Łona – zawadiacki lider całej paczki, który z niejednej mąki jadł chleb; szerzej znany jako autor tekstów. Webber – czarujący producent schowany za swą konsoletą, raczej nie wdający się w interakcję z publiką. Rymek (znany również jako redaktor Markiewicz) – za dnia ukrywający się pod maską stonowanego służbisty, ale w nocy, jak tej pamiętnej w Gdańsku, porzuca ją i zamienia notesik na mikrofon, a kaszkiet na czapkę-breakdance’ówkę. No i na koniec banda tzw. instrumentalistów – The Pimps. Czwórka młodocianych jegomościów, przyodziana w mało ekstrawaganckie ciuchy (poza perkusistą – wybitnie podkreślającym swą koszulą i krawatem duszę gentlemana) i instrumenty. Kolektyw jakich wiele – muzycy jakich mało.
Tak powstała zgraja zazębiających się ludzi była skazana na sukces, czego świadkami okazali się Bogu ducha winni melomanii z Trójmiasta i okolic. Cały incydent zaczął się dziać chwilę po dwudziestej, od znanego i lubianego chwytu w postaci kawałka Ł.O.N.A. Od tamtej pory wszyscy zgromadzeni w murach Akademickiego Klubu Kwadratowa nie mieli wątpliwości z kim mają do czynienia, co później także wielokrotnie było podkreślane. Ale czego oni tak naprawdę chcieli? Czemu zaburzyli spokój utopijnego wręcz życia w nadmorskim kurorcie? Czy to był błąd?
Intencji mieli sporo, a główna z nich opierała się o tzw. Hałas (nie przypadkowo zastosowano tutaj wielką literę, bo jednocześnie jest to tytuł jednej z arii granej w trakcie zamieszania). To właśnie w takich chwilach publika cierpiała najbardziej, gdyż zmuszona do zdzierania swego gardła, niejednokrotnie utraciła głos po niemal dwugodzinnym wystąpieniu. Duża część osób robiła to praktycznie przez cały czas trwania rzezi, co wiązało się jednocześnie z dobrym ich zaznajomieniem z twórczością zakapiorów.
Było to na tyle imponujące zjawisko, że nawet w trakcie utworów z najnowszej produkcji, czyli z Nawiasem Mówiąc, można było wyłapać momentami dyskretne, a momentami nieskrępowane ruchy warg. Wiadomym było, że te drugie towarzyszyły zwłaszcza produkcjom stworzonym na potrzeby PR-owego żerowania na biednych ludziach (tak tak panowie – mowa tutaj o utworach Błąd, Nie Mam Pojęcia czy Gdzie Tak Pięknie?). Co jednak najbardziej cieszyło szajkę, to ochota tłumu do interakcji przy innych, mniej pod publiczkę kawałkach.
Reszta jest tylko kwestią dopowiedzenia, bo obok najnowszych zbrodni, zbiry wyciągnęły na wierzch swoje stare uczynki, takie jak Kaloryfer, Insert, To Nic Nie Znaczy, ĄĘ i parę innych. W tym miejscu warto zaznaczyć spory wkład grupy The Pimps, gdyż to własnie oni zachęcali publikę do niebezpiecznych dla życia skoków, a ich narzędzia były naprawdę wyrafinowane. Primo: perkusja bijąca z precyzją chirurga. Secundo: kojący uszy, a jednocześnie zachęcający do podrygiwania bas leniwie sączący się z z głośników. Tertio: melodyczne klawisze wymykające się spod kontroli szaty rytmicznej. Quattro: gitara elektryczna mająca w głębokim poważaniu wszelkie kanony. Ich hasłem przewodnim zdawała się być sentencja: nie ważne jak, ważne żeby sponiewierało.
Na koniec słów kilka o tzw. frontmanach. Panowie Łona i Rymek bardzo sprytnie podeszli do tematu konferansjerskiego, bo swymi nierzadko zabawnymi grami słownymi, w piorunującym tempie zdobyli sympatię tłumu, a następnie – równie szybko – w perfidny sposób ją wykorzystali. Wystarczy wspomnieć namowy do przeciążenia aparatów mowy czy usilne forsowanie filozofii podniesionych rąk lub całych ciał na skutek skoków. To z kolei wywołało ogromny zaduch i swąd na sali, co po wyjściu na łono (oooops) chłodnej październikowej nocy wiązało się z dużym niebezpieczeństwem sfinalizowania przedsięwzięcia chorobą. Wszystkie gierki mogły zakończyć się o wiele gorzej, lecz rozwaga widowni uratowała ją przed totalnym zniszczeniem. To nastąpiło w nieco mniejszym stopniu w dniu następnym, kiedy jeszcze lekko oszołomieni widzowie obudzili się w swych (lub cudzych) łóżkach bez głosu i z bolącymi kończynami.
(Tekst ma charakter humorystyczny, lecz wszelkie wydarzenia w nim zawarte są prawdziwe. Czyniąc długą historię krótką – dzięki za wspaniały koncert, panowie!)

