Relację rozpocznę od pytań z pozoru prostych. Po co właściwie chodzimy na koncerty? Dlaczego chcemy uczestniczyć w kulturze właśnie w taki, a nie inny sposób? Nastały czasy, kiedy trudno nam chociaż o chwilę dla siebie. Żyjąc w ciągłym biegu, często zapominamy o tym, że warto czasem się zatrzymać, odetchnąć. Tak po prostu, dla siebie. Czy te 90 minut z muzyką jest w stanie sprawić, że nasze życie stanie się lepsze? Otóż może. Uświadomiłem sobie to w trakcie ostatniego wtorkowego wieczoru.
Kim są domowe melodie? Najlepiej wyjaśni to założycielka trio, Justyna Chowaniak:
„Domowe melodie” to projekt kilkunastu własnoręcznie nabazgranych i skomponowanych piosenek. W domu. Razem z płaczem, spalonym garnkiem, gorączką i dziurawą skarpetą. Nagrywam. Rejestruję ulotny fragment mojego życia… Po drodze pojawili się moi muzykanci najlepsi – Staszek i Kuba. I tak sobie klepiemy domowe bity.
Mogłoby się wydawać, że mało medialny zespół nie jest w stanie wypełnić po brzegi klubu wielkości warszawskiej Stodoły. Nic bardziej mylnego. Nie potrzebna była nawet promocja z prawdziwego zdarzenia, bilety wyprzedano już dawno temu. Jest coś w nich niezwykłego. Zespół będący zupełnie z boku, ograniczający sławę do minimum, a mimo to gromadzący tłumy na koncertach. Co jest więc takiego niesamowitego w domowych melodiach? Autentyczność.
Koncert rozpoczął się zgodnie z planem, chwilę po godzinie 20:30. Światła zgasły, a na scenie pojawiła się słynna trójka przyjaciół, ubrana nie inaczej, jak po domowemu. Stodołę ogarnęło istne piżama party ze śląską grupą w roli głównej. Na ustach moich, jak i reszty publiczności pojawił się uśmiech, który nie schodził z twarzy przez kolejne kilkadziesiąt minut. Cud, że moja szczęka to wytrzymała. O nogach i rękach nie wspominając. Wujek Zbyszek i ciocia Grażka postarali się, aby zgromadzonym nie zabrakło ruchu tego wieczoru. Zespół nie zapomniał także o swoich nowych utworach, pochodzących z drugiego albumu zatytułowanego 3, prezentując nam m.in. kompozycję Brzydala. Morał jest prosty i krótki: po co komuś Brad Pitt, skoro można mieć brzydkiego brzydala? Justyna woli kulfonów, a ciocia ma tu niewiele do gadania. Koniec kropka.
Czy zastanawialiście się kiedykolwiek jak wygląda połączenie sombrero z piżamą? Ja też nie. Kultura kształtuje podobno człowieka. W trakcie kawałka Rio, Staszek z Kubą postanowili pokazać publiczności nowe wiosenne trendy. Justyna pomyślała, że gorsza nie będzie i zestawienie króliczych uszu z nocnym ubiorem, uznała za modową rewolucję. Ok, ktoś teraz może pomyśleć: czy coś jest z nimi nie tak? Dlaczego ludzie chodzą na takie koncerty? Odpowiedź jest prosta. Od zespołu tego bije tak pozytywna energia, budzą tyle przyjaznych emocji, że zwyczajnie nie da się ich nie lubić. Sympatia jest tym większa, gdy oglądasz tę trójkę na żywo. Zachwycają szczerością i skromnością. Widać i słychać, że bawią się razem świetnie i tą zabawą chcą dzielić się z innymi. Gdybym miał wskazać ludzi dla których praca jest czystą przyjemnością, byliby to właśnie oni. Bawią się równie dobrze, co publiczność i odwalają kawał dobrej roboty, tworząc prawdziwe show przy takich kawałkach jak Techno czy niezwykle liryczne Pamiętam. Teksty – to właśnie nimi łączą jednocześnie tysiące ludzi. Interpretować można je na wiele sposób i każdy może znaleźć w nich coś stricte związanego z samym sobą. Nieco zabawne, nieco poetyckie – na pierwszy rzut oka o niczym. To nieprawda, wiele z nich dotyka tematów trudnych, znanych z codziennego życia.


Warszawska publiczność nie pozwoliła muzykom zakończyć koncertu tak szybko. Tylu bisów (bo aż pięciu!) nie widziałem od dawna, a sama wokalistka nie potrafiła ukryć zachwytu nad niekończącymi się oklaskami. Żegnając się zaprosili na scenę ponownie ciocię Grażkę, którą zwać można byłoby także – receptą na rozhulanie całej sali. Nie zapomnieli również o nakarmieniu widowni Bułą i wycenieniu wszystkich zgromadzonych na okrągły Miljon. Przecież milion to jak bilion prawie, prawda? Koncert zakończyła pochodzącą z debiutanckiego albumu, kompozycja Północ – z lekką i wzruszającą melodią, idealną na dobranoc.
Blisko 90-minutowa zabawa minęło szybko, o wiele za szybko. Domowe melodie spisały się na medal i stworzyły niezapomnianą, bardzo familijną atmosferę, nie zważając na to, że przestrzenią jest przecież studencki klub. Zupełnie im to nie przeszkadzało, co więcej – pozwolili poczuć się nam wszystkim, jak w domu, kameralnie, z dala od zgiełku i zmartwień. Ich melodyjne, proste i zarazem bogate w treść utwory działają jak „narkotyk”, któremu trudno się oprzeć. Jest jednak jeden warunek. Aby zrozumieć fenomen tego zespołu, do ich muzyki należy podchodzić z przymrużeniem oka i nie traktować jej śmiertelnie poważnie. Jak więc można zdefiniować domowe melodie? To proste. Humor, ironia i dystans.
Zdjęcia autorstwa Przemysława Kralla.








