MENU

    Genialny Macklemore, niezawodny Post Malone i słowa wsparcia dla świata LGBT. KLF 2019 dobiegł końca. Relacja Piotra Sadowskiego

    Kolejna edycja Kraków Live Festival za nami! Alter Alt ponownie postawił na taneczne rytmy i sporo rapu, a wieczory umilały przepiękne głosy Aurory i Masego.

    Nim zacznę pisać o koncertach, należy wspomnieć o dwóch ważnych rzeczach, które Alter Art poprawił po swoim ostatnim festiwalu. Ekologia i darmowa woda! KLF był chyba ich pierwszą imprezą, na której nie widziałem żadnego plastkiowego kubka na ziemi! Piwo i zwykłe napoje przelewane były jedynie do kubków objętych kaucją. Dodano więcej punktów zwrotu i wszystko pięknie działało.

    Brawa za to, i brawa za dostęp do darmowej wody pitnej! Tutaj również były obawy o kolejki, ale AA stanął na wysokości zadania. Organizacyjnie jak dla mnie w końcu było na piątkę z plusem, tak się robi festiwale!


    Na ten koncert czekałem w piątek najbardziej. Ski Mask The Slump God po raz pierwszy do Polski przyjechał w bardzo dobrym momencie, bo kilka miesięcy po wydaniu świetnego krążka, Stokeley. Byłem nastawiony na dobrą zabawę w mosh picie i tak się stało, ale niestety było kilka minusów. Przede wszystkim krótki set – amerykańscy raperzy nas do tego powoli przyzwyczajają, ale 40 minut na scenie głównej to zdecydowanie zbyt mało. Po drugie, kiepska znajomość słów publiki. Ski Mask często swoje kawałki zaczynał od rapowania bez podkładu (a czasem leciał sam podkład, jak nie urok to), idealnej okazji, by się do niego dołączyć, ale niestety tak nie było, nawet przy Faucet Failure czy Nuketown z nowej płyty. 

    Nieco lepiej było przy nutach od XXXTenctaciona, którego z raperem łączyła nieco burzliwa relacja. Idealna była jednak setlista. Od rozgrzewkowego dj seta i m.in. #ImSippinTeaInYoHood, przez otwierające LA LA i BabyWipe, po wspominane już nutki z XXX-em, czyli H2O, Jocelyn Flores, SAD!, Look at Me! i Take a Step Back. Ogień!

    Wyświetl ten post na Instagramie.

    @theslumpgod Main Stage fot. @cabanoss

    Post udostępniony przez Kraków Live Festival (@krakow_festival)

    Przed moim wyjazdem do Krakowa nie spodziewałem się, że to zdanie pojawi się właśnie przy tym artyście, ale przed wami autor najlepszego koncertu tegorocznej edycji Kraków Live Festival!

    I ain’t gonna die tonight! – całość rozpoczął charyzmatyczny wokalista Eric Nally wyśpiewując refren do piosenki otwierającej album Gemini. Macklemore, jego zespół i tancerki od samego początku wymieniali się z widownią ogromnymi pokładami energii. Przybyło jej jeszcze więcej przy okazji kolejnych kawałków – wszystkim dobrze znane Thrift Shop oraz White Walls. Po nich przyszedł czas na chwilę oddechu i ważny przekaz ze sceny, przemowę o miłości, równości i pokoju, czyli wstępniak do wzruszającego Same Love

    Całość była od początku do końca bardzo dobrze wyreżyserowana. Za plecami artystów ukazywały się wizualizacje i filmiki w tle do każdego utworu, a raper kilka razy uciekał za kulisy, by założyć nowy strój, który często odnosił się do konkretnego numeru (np. przebranie Willy’ego Wonki). Podczas Dance Off zaprosił na scenę dwie osoby z widowni, pomiędzy którymi rozegrała się bitwa na taniec. W setliście oprócz największych hitów znalazło się również miejsce na These Days od Rudimental oraz nowy kawałek Shadow.

    Cały koncert minął mi w mgnieniu oka. Zaliczam go nie tylko do najlepszego podczas tej edycji, ale również do topki jeśli chodzi o całe moje festiwalowe lato, a trochę tych koncertów już było. Co prawda nowszy materiał nie dorównuje The Heist z 2012 roku, ale Ben Haggerty otrzymuje ode mnie koncertowy certyfikat jakości!

    Pozytywny odbiór miał również sam raper. Na jego twarzy cały czas było zadowolenie. Na koniec występu potwierdził to słowami, że noc taka jak ta przypomina mu, czemu nadal to robi, i że ma najlepszych fanów. A kiedy zakończył swój występ i zgasły wszystkie światła, Macklemore nie chciał jeszcze rozstawać się z krakowską publicznością i zszedł do niej ze sceny. Szacuneczek! 

    Wyświetl ten post na Instagramie.

    @macklemore Main Stage fot. @cabanoss

    Post udostępniony przez Kraków Live Festival (@krakow_festival)

    Po energicznej zabawie pod główną sceną przyszedł czas na koncert Aurory, która w ostatniej chwili dołączyła do składu KLF zastępując Banks. Alter Alt miał w tym roku ogromnego pecha (wcześniej koncerty odwołali Cardi B na OWF i A$AP Rocky na Open’erze) i trzeba im przyznać, że sztab kryzysowy ponownie stanął na wysokości zadania i sprowadził do Krakowa godne zastępstwo! Niestety nie wszyscy festiwalowicze podzielali moje zdanie. Ludzi było może trochę więcej niż na grającej wcześniej Marcelinie i podobnie jak podczas jej koncertu, im bliżej końca, tym coraz więcej osób wychodziło z namiotu. Smutny widok. 

    Co do samego koncertu, to drobna artystka z Norwegii od początku czarowała swoim mocnym głosem i energicznymi ruchami. Najbardziej w pamięci zapadł mi moment, w którym wszyscy nieśmiało razem z wokalistką śpiewali refren do Runaway. Doceniam bardzo, że wraz z całym zespołem porzucili swoje weekendowe plany i zdecydowali się zagrać w Polsce! 

    Scenę główna w piątek zamykał DJ Snake i poza pierwszymi kilkunastoma minutami czy paroma późniejszymi kawałkami, to w mojej ocenie było nudno. Po jakimś czasie zdecydowałem się oglądać całe show na siedząco. Z ciekawostek dodam, że w pewnym momencie Snake złapał za mikrofon by wykrzyknąć put your smartphones in your motherfuckin pockets! kiedy ludzie nagrywali jego występ. Miła odmiana zamiast kolejnego hej, to mój nowy numer, nagrywajcie go!

    Podobny problem z nudą miałem przy grającym dzień później Calvinie Harrisie. Kilka radiówek popularnych od kilku dobrych lat, których mam już po prostu dość przeplatały się z naprawdę fajnymi momentami. Calvin czasem ocierał się nawet o bliższe mojemu sercu techno. Bardzo mieszane uczucia, ale nie zaliczam jego setu do udanych.

    O Years & Years ciężko mi cokolwiek napisać. Daleko mi od fana tej grupy, a było to już moje trzecie lub czwarte spotkanie z nimi. Od ostatniego (wrzesień 2018) na scenie nie zmieniło się zbyt wiele, dlatego zamiast skupiać się na muzyce, większą radość sprawiało mi obserwowanie roztańczonego tłumu. Naszła mnie wtedy refleksja, jak ważnym miejscem są festiwale muzyczne. To właśnie tutaj młodzi ludzie kształtują nie tylko swój gust muzyczny, ale również swoje poglądy, sposób patrzenia na świat. I jakże pięknie by było, gdyby cała Polska wyglądała tak, jak te dwa dni na terenie Muzeum Lotnictwa Polskiego. Uśmiechy na twarzach, wolność, równość wobec wszystkich. Nawoływał do tego Macklemore, tęczową flagę na marynarce miał Krzysztof Zalewski, mówiła o tym Natalia Nykiel, a wręcz reprezentantem takiej ideologii jest Olly Alexander z Y&Y. Ja podpisuję się pod tym obiema rękami. Szanujmy się bez względu na wszystko! 

    Darmowy hosting zdjęć i obrazków

    Po Yearsach i chwili spędzonej z Królem na Kraków Stage, przyszedł czas na największego headlinera tej imprezy. Austin Richard Post w dużej mierze przyczynił się do wyprzedania drugiego dnia i było to widać pod sceną. Zaczynającego koncert singlem Too Young przywitały tłumy. 

    W przeciwieństwie do Macklemore’a, któremu dzień wcześniej na scenie towarzyszył cały zespół, w przypadku występu Posty’ego mieliśmy do czynienia z one man show. 24-latek nie potrzebuje na scenie didżeja czy wizualizacji, by przez ponad godzinę wpatrywać się w jego sylwetkę. Jest niezwykle charyzmatycznym artystą, momentami popisywał się zabawnymi mini ruchami tanecznymi, miał bardzo dobry kontakt z publiką. 

    Całe szczęście Post wyłamuje się z ram popularnego w obecnym rapie podbijania swoich słów, które lecą z głośników i praktycznie przez cały koncert mogliśmy słuchać jego genialnego, zachrypniętego głosu. Zagrał największe kawałki z beerbongs & bentleys i Stoney, do których dorzucił jeszcze piosenkę Sunflower oraz Wow. i Goodbyes z nadchodzącej płyty. Moje serce zdobył nie tylko zabawnymi scenicznymi ruchami, ale przede wszystkim wykonaniem Stay z akustyczną gitarą, którą później rozwalił po wykonaniu rockstar, jak na prawdziwą gwiazdę rocka przystało. Od dawna marzy mi się akustyczna płyta Post Malone’a. Sami sprawdźcie dlaczego: 

    Festiwal zamykałem z artystą z Jamajki. Masego zabrał mnie w godzinny trans w towarzystwie muzyki R&B, jazzu, rapu, funku i soulu. Rozpoczął go niespodziewanie od największego hitu Tadow, który na samym YouTubie zebrał już ponad 150 mln odtworzeń. Od tego momentu za każdym razem kiedy artysta sięgał po saksofon, publika reagowała najgłośniej.

    Razem z wokalistą na scenie pojawili się trzej muzycy (perkusja, bas, klawisze i saksofon) oraz kobieta odpowiedzialna za chórek. Współgrało tam dosłownie wszystko! Masego miał niesamowity kontakt z publiką, często zachęcał do wspólnego śpiewania. Będąc w namiocie nie dało się nie uczestniczyć w tym koncercie! Naprawdę, dawno nie widziałem tak zaangażowanej publiki  Kolejnym plusem było tworzenie muzyki na żywo. Nie chodzi tu o same żywe instrumenty – Masego zaczynał czasem swoje kawałki od stworzenia podkładu. Jest naprawdę niezwykle wszechstronnym i utalentowanym muzykiem. Jeśli jeszcze nie kojarzycie jego twórczości lub słyszeliście tylko Tadow, to szybko nadrabiajcie zaległości i czekajcie na kolejną wizytę w Polsce!

    Wyświetl ten post na Instagramie.

    @masego Kraków Stage fot. @monika100larska

    Post udostępniony przez Kraków Live Festival (@krakow_festival)

    Podsumowając całą edycję festiwalu, w tym roku było naprawdę dobrze. Można narzekać na line-up, ale wystarczy kilka minut na festiwalu, by przejrzeć na oczy i zauważyć jak wiekowo wygląda target tej imprezy. Sukces sprzedażowy w drugi dzień oraz pustki na występie np. Aurory zwiastują pewnie więcej rapu i elektronicznej muzyki za rok. Czy to dobrze? Na to pytanie odpowiedzieć musicie sobie sami. Osobiście marzy mi się, by organizatorzy poszli w ślady takich festiwali jak niemiecki Splash! lub WOO HAH! z Holandii.

    Ostatnio opublikowane