Kesha – High Road (2020), recenzja Christiana Cieślaka

Inne recenzje

Dziesięć lat temu Kesha była szalejącą po elektronicznych pięcioliniach dwudziestodwuletnią Ke$hą, która uwielbiała brokat, sprośne teksty i wszystkie kolory tęczy. Choć dziś niewiele zmieniło się w kwestii jej stylu oraz upodobań, tak wraz z gremialnie docenionym Rainbow doszło do metamorfozy jej cudownie nachalnego wizerunku. Wraz z nową dekadą przyszedł czas na jej nowe wcielenie, będące świeczką na białym tle, co zowie się High Road.

Gdybym miał w prosty sposób wyjaśnić co się nie udało w związku z zawartością czwartego albumu Keshy, powiedziałbym, że wszystko, jednocześnie mówiąc, że w sumie jest całkiem w porządku. Generalnie sprawa jest skomplikowana w wytłumaczeniu, choć banalnie prosta dla osoby, która potrafi wyczuć intencje stojące za powstaniem konkretnych piosenek. Zatem jaki mam problem z High Road?

Jak sama autorka wielokrotnie wspomniała, Ke$ha wróciła i nie sposób tego nie dostrzec. Wszystkie single, oprócz rozrywającego me serce Resentement, w dobrym tej frazy znaczeniu, to w jednej części #ThrowbackTuesday pełną parą i to nie do końca udany, w szczególności w przypadku utworu Tonight. Kesha zapragnęła wrócić do swojego starego stylu z czasów Animal oraz Cannibal, co nie było najgorszym pomysłem, jednak w konwencji High Road okazało się ideą wtórną, zbędną i krzywdzącą dla innych, ważniejszych moim zdaniem kompozycji.

Przechodząc wewnętrzną przemianę w ramach krążka Rainbow,dziś nowe „stare” piosenki niezbyt do niej pasują, choć nie mogę im zarzucić kiepskiej produkcji, czy teoretycznie porywającej melodii oraz tekstu. Utwory pokroju Birthday Suit, czy Kinky powstały z czystej chęci powstania, a nie z wewnętrznej emocjonalnej potrzeby samej autorki, przez co nie wydają się tak szczere i rzeczywiste jak chociażby Honey oraz Cowboy Blues. Kesha mentalnie jest już w innym miejscu i powrót do siebie sprzed dekady nie tyle nie jest na miejscu, co nie ma tego ładunku emocjonalnego, którego każda piosenka potrzebuje, nawet ta o byciu pijanym w trzy dupy i imprezowaniu w czasie takiego stanu przez kolejne trzy dni.

High Road z pewnością nie powstało za wcześnie, najzwyczajniej padło ofiarą braku zdecydowania samej Keshy rozdartej między chęcią bezrefleksyjnej zabawy, a czymś więcej, co z pewnością siedzi jej w głowie, czego dowodem jest chociażby pochodzący z 2019 roku singiel Rich, White, Straight Men. Single totalnie zbiły widownie z tropu, co tak naprawdę znajduje się na jej krążku i to się niestety odbija na jego ogólnej recepcji, przynajmniej mojej osobistej. Personalnie jestem zły na High Road, bo ma w sobie wiele dobrego, a ktoś, niekoniecznie musiała być to Kesha, wpadł na świetny pomysł, by zainteresować dzieciaki roku 2020 Ke$hą, którą Rainbow artystycznie pogrzebał. Przez to otrzymaliśmy album, który wymieszał wszystko ze sobą, uformował w świeczkę z okładki i próbuje nam sprzedać jako coś nowego, pięknie pachnącego i „szalonego”.

Druga lepsza część High Road to właśnie te utwory, gdzie Kesha wydaje się być bardziej autentyczna, co nie znaczy, że nie jest w tym słodko obsceniczna i uroczo wulgarna. Dla przykładu BFF to śliczna ballada o przyjaciołach, którzy mają za sobą wiele pięknych, ale i dziwnych przygód pokroju jedzenia cukierków w kształcie kutasów. Potato Song (Cuz I Want To) już w tytule daje nam znać o swoim małoletnim humorze, lecz ten ma tu sens, nie przyprawiając mnie o poczucie obcowania z babcią, która zasmakowała młodzieżowego życia i wszystko co teraz robi jest „kulowe”. To właśnie tu jest ta dzika Kesha, której chciałbym słuchać, tu jest jej to prawdziwsze oblicze. Nie w tych wykoncypowanych od początku do końca singlach, lecz w tych przytłoczonych skromnych gitarowych nutkach.

Jak już wcześniej wspomniałem, pod względem produkcyjnym High Road nie ma się czego powstydzić. Melodie są fantastyczne i to nawet te, które przygrywają do teoretycznie najgorszych tekstów. Niestety głos Keshy bywa miejscami dziwnie przetworzony i zupełnie odklejony od ścieżki dźwiękowej, czego wytłumaczyć nie umiem. Może ogłuchłem, może głośniki mam popsute, albo najzwyczajniej coś tu nie wyszło, jak powinno. Teksty składają się na małą loterię, gdzie to wasze osobiste gusta zadecydują o tym, co jest fajne, a co nie. Inni zachwycą się Raising Hell, ja zachwycę się BFF i co najwyżej możemy się tymi opiniami wymienić. W ogólnym rozrachunku, trudno jest mi mówić o utworach, które absolutnie skradły moje serce. Mogę tu jedynie wspomnieć o krótkim Little Bit Of Love, który powinien być główną muzyczną inspiracją dla High Road, oraz Chasing Thunder, które cudnie zamyka całą fizyczną kopię krążka. Reszta utworów – każdy znajdzie coś dla siebie i w tym przypadku nie jest to jego zaleta.

Kesha otworzyła swoją drugą dekadę w albumowym dorobku wraz z kacem z roku 2012. Znaczyć to może tyle, że pod koniec tej dekady otrzymamy drugie wcielenie Rainbow, albo do tej pory młoda amerykanka przepadnie wśród bardziej szalonych i intrygujących muzycznie artystów. High Road to dla mnie duże rozczarowanie, do którego po tej recenzji niestety raczej szybko nie wrócę, ot mój trakt najwidoczniej prowadzi już przez zupełnie inne ścieżki.

Kesha - High Road
  • Data premiery: 31 01 2020
  • Single: Raising Hell, My Own Dance, Resentment, Tonight
Najlepsze utwory: Little Bit Of Love, Resentement, BFF, Cowboy Blues
Najsłabsze utwory: Tonight, Kinky, Birthday Suit, Summer


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Christian Cieślak
Christian Cieślak
Skromnie nieskromny dziennikarz muzyczny oraz kulturalny, który już od 5 lat sieje swoje opinie w redakcji All About Music. To mój sposób na dzielenie się ogromną miłością do muzyki całego świata, a w szczególności tej wymykającej się gatunkowym podziałom i prowokującej do myślenia.

Czytaj również

Dziesięć lat temu Kesha była szalejącą po elektronicznych pięcioliniach dwudziestodwuletnią Ke$hą, która uwielbiała brokat, sprośne teksty i wszystkie kolory tęczy. Choć dziś niewiele zmieniło się w kwestii jej stylu oraz upodobań, tak wraz z gremialnie docenionym Rainbow doszło do metamorfozy jej cudownie nachalnego wizerunku....Kesha – High Road (2020), recenzja Christiana Cieślaka