Śmiało można stwierdzić, że trzecia płyta Kensington zatytułowana Rivals okazała się przełomową w karierze zespołu, a czterech chłopaków z Holandii w końcu wypłynęło na szerokie wody sceny europejskiej. Dając się poznać jako twórcy chwytliwych pop-rockowych kawałków oraz świetni wykonawcy występów live słusznie wywalczyli sobie solidną muzyczną pozycję. Jednak od powstania Rivals minęło już dwa lata więc najwyższa pora na świeży materiał. A skoro niedawno wyszła ich nowa płyta Control warto sprawdzić czy tym razem zapowiada się równie obiecująco.
Jak się okazuje nazwa albumu Control nie jest przypadkowa. W jednym z wywiadów Eloi przyznał, że pisząc teksty piosenek skupił się na ludzkich relacjach w obecnym scyfryzowanym świecie. Wnioski, które można odszukać w aktualnym materiale są jak najbardziej trafione. Życie staje się coraz bardziej powierzchowne przez co liczy się tylko chęć zrobienia wrażenia na innych, a to wymaga ciągłej kontroli. O prawdziwych uczuciach, a tym bardziej obawach nie ma mowy.
Lepszych utworów na otwarcie nowej płyty chłopaki nie mogli wybrać. Single Do I Ever oraz w dalszej kolejności Fiji to zdecydowanie kawałki w stylu Streets czy Done With It, a co za tym idzie wielkie sale koncertowe z pewnością stoją przed nimi otworem. Układ powyższych kompozycji jest oparty na niezawodnej stylistce popowo-rockowego brzmienia z wyrazistymi refrenami. W Do I Ever z pewnością dochodzi jeszcze dojrzalsza warstwa liryczna: Pozwoliłem zwalić się z nóg, Pozwoliłem upaść na kolana, To co wiem, Powinienem dorosnąć, Ale czy to zrobiłem? Z kolei mocno popowy utwór Fiji, z tytułową aluzją do nazwy egzotycznej wyspy na Pacyfiku, przenosi nas w nieco lżejsze i bardziej beztroskie klimaty. Przy okazji dwóch powyższych muzycznych pewniaków warto jeszcze dorzucić trzecią pozycję czyli Slicer. Piosenka z czepliwym elektronicznym podkładem stanowi pierwsze odejście zespołu od sprawdzonej gitarowej konwencji. Dobre kawałki to jednak połowa sukcesu – po raz kolejny zostają wzmocnione charakterystycznym zachrypniętym wokalem Eloia. Wielokrotnie porównywany do Caleba z Kings Of Leon powoli zaczyna żyć własnym życiem na tle nowych brzmień zespołu.
https://www.youtube.com/watch?v=CZFgqJR6ehw
Nazwa płyty Control wiąże się jeszcze z jedną ważną kwestią. Kensington do współpracy przy niej zaangażowało Michaela Beinhorna znanego ze współpracy m.in. z Soundgarden czy Red Hot Chilli Peppers. Amerykański producent postawił na swego rodzaju brak kontroli w procesie twórczym, który przede wszystkim miał wyzwolić prawdziwą esencję muzyczną. Wiązało się to z jednej strony ze sporym chaosem, niepewnością, ale także możliwością otwarcia się na ryzyko.
Takich ryzykownych posunięć będzie parę. Poza wyżej wspominanym utworem Slicer podobne odczucia niesie ze sobą St. Helena. Ciekawostką jest kolejne tytułowe powiązanie z nazwą tropikalnej wyspy, jednak tym razem na Oceanie Atlantyckim. Na tym porównania się kończą. Piosenka z sekundy na sekundę zdecydowanie przybiera na sile zmierzając w kierunku hardrockowego brzmienia. A to co z niej bije na odległość czyli rozpacz i samotność są efektem ubocznym wcześniej wspomnianej potrzeby wyzwolenia prawdziwych emocji. Jeśli chodzi o podobne narastanie mocnego gitarowego grania, ale w wersji nieco lżejszej, nie można pominąć tytułowego kawałka Control. Nie da się też uniknąć odniesień do hitu z poprzedniego albumu czyli Little Light. Zastosowanie tzw. stylu space rock pozwala słuchaczowi na poddanie się hipnotyzującemu nastrojowi, który wypełnia bujna przestrzeń dźwiękowa z nieco drugoplanowym śpiewem Eloia.
Najwyższy pora aby odkryć utwory mniej oczywiste i to zarówno pod względem stylistyki z jakiej słynie zespół czy ich przebojowości. Kwestia dyskusyjna pojawia się wraz z kawałkiem Regret. Choć może się wydawać, że zastosowana tutaj mieszanka muzyki elektronicznej z rockową wpisuje się idealnie w aktualne standardy muzyczne, to coś nie do końca współgra. Być może jako fanka zespołu jestem za bardzo przywiązana do ich dwóch charakterystycznych kierunków: koncertowych wymiataczy (Street, War) czy klimatycznych wciągaczy (All For Nothing, Riddles), a może już czas dać szansę temu co nowe? Przechodząc do piosenki Sorry powstaje podobny problem. Wszystko jest niby pięknie jak na balladę przystało, bo w końcu kompozycja wzrusza głębszą warstwą liryczną: Przepraszam za drogę, której nie wybiorę, Za słowa, których nie wypowiem, Za miłość, której nie okażę, ale nie sądzę, że chciałabym usłyszeć więcej takich boleściwych kawałków w wykonaniu Kensington.
Poszukując nowego oblicza zespołu, znajduje All Before You oraz Storms. Pierwszy z nich Storms z akustycznym początkiem opartym jedynie na gitarze i wokalu Eloia odsłania bardziej surowe brzmienie grupy. To na co warto zwrócić uwagę to z pewnością osobisty tekst piosenki – wokalista śpiewa o swoich problemach związanych z atakami paniki. Druga kompozycja być może od razu nie przykuje naszej uwagi, ale po parokrotnym przesłuchaniach urośnie w siłę. Utwór bez wątpienia zbliżony do Heading Up High piosenki nagranej we współpracy z holenderskim DJ’em Arminem van Buurenem. Dostajemy tutaj zarówno pulsującą perkusję z energiczną gitarą plus elektroniczne zacięcie.
Zgodnie z zapowiedziami zespół wydając kolejną płytę nie miał zamiaru tworzyć drugi raz albumu w stylu Rivals. Powody były jednoznaczne: nie zmieniłoby to nic w myśleniu ludzi na ich temat. W efekcie grupa postanowiła pewnymi rozwiązaniami zaskoczyć. Czy słusznie? Płyta Control w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki przede wszystkim nie sprawia, że każda piosenka wyzwala równie czułe emocje. Słuchając Rivals po prostu płynie się z kawałka na kawałek, z przeboju na przebój – bez użycia przycisku dalej. Natomiast Control jest poniekąd stworzona na kształt Rivals – mniej hitowa za to bardziej rozwojowa. Pozostaje jeszcze wierzyć, że nowe piosenki nabiorą mocy podczas koncertów na żywo. A szansa w tej materii z pewnością się pojawi, gdyż Kensington już w lutym zawita po raz kolejny do Polski!
Oczywiście mała zachęta w postaci koncertu z zeszłego roku z Warszawy:

