Kelly Clarkson – Piece by Piece (2015), recenzja Filipa Wiącka

Po tym, jak pod koniec 2013 Kelly Clarkson wyszła za mąż i wydała świąteczny krążek Wrapped in Red, jej kariera mogła podążyć tylko w jednym kierunku. Dojrzałe, może nawet wyciszone kompozycje wydawały się oczywistą kontynuacją muzycznej drogi wokalistki. I takie właśnie jest Piece by Piece. Spokojne, delikatne oraz… wyblakłe.

Wrapped in Red było albumem niezwyczajnym. Choć świąteczny krążek nagrać może każdy, ten od Kelly okazał się naprawdę udany. Artystka postawiła na kilka autorskich kompozycji, które wymieszała z klasykami. Całość utrzymana była w nieco jazzowym klimacie wspaniale uzupełniającym się z jej wokalem. Gdyby podobnie wyglądała płyta Piece by Piece, byłbym wniebowzięty. Niestety, poza faktem, że na obu longplayach nie znajdziemy przeboju na miarę Stronger (What Doesn’t Kill You) czy My Life Would Suck Without You, nic ich nie łączy.

Poza współpracą z Gregiem Kurstinem czy Jesse Shatkinem, którzy stworzyli już niektóre ze starszych utworów wokalistki, Kelly o pomoc przy nagrywaniu krążka poprosiła Josepha Trapanese. Miał on nadać kompozycjom orkiestralne brzmienie, nieco soundtrackowy charakter. Tu powinna jednak zapalić się czerwona lampka – nie każdy potrafi robić orkiestralny pop i nie każdy powinien. Ryzykownie jest też mieszać go z tak pospolitym electropopem (Take You High, War Paint). Artystka zadaniu nie podołała – poległa na wielu płaszczyznach.

Album jest nieznośnie wręcz bezpieczny. Przy niemal każdym utworze powraca nieprzyjemne wrażenie, że Clarkson chcąc trafić do jak najszerszego grona odbiorców, maksymalnie spłyciła, a może nawet i „rozwodniła” swoją twórczość. Efektem są kompozycje nie tyle złe, co wyblakłe. Naprawdę mało który kawałek irytuje – zdecydowana większość po prostu przelatuje gdzieś obok, nie robiąc na słuchaczu żadnego wrażenia.

Żeby jednak nie było tak do końca negatywnie, muszę przyznać, że znalazło się na Piece by Piece kilka utworów całkiem udanych. Należą do nich przede wszystkim umieszczone prawie na samym końcu edycji podstawowej Dance with Me oraz Nostalgic. To świetne, żywiołowe numery. Rytmiczne, nawiązujące do synthpopu, a także do muzyki charakterystycznej dla lat 80. Dance with Me przywołuje nawet skojarzenia z twórczością Davida Bowiego. Nostalgic z kolei wyróżnia się ciekawym bridgem. Inną dobrą kompozycją jest tytułowe Piece by Piece. Muzycznie to dosyć zwyczajna piosenka, zyskuje jednak po bliższym zapoznaniu się z tekstem. Historia burzliwych relacji wokalistki z ojcem należy do najlepszych, jakie kiedykolwiek stworzyła:

And all of your words fall flat
I made something of myself and now you wanna come back
But your love isn’t free
It has to be earned

Ostatnim utworem, który mogę zaliczyć do całkiem przyjemnych, to współtworzona przez Się podniosła ballada Invincible.

Pozostałe 9 kawałków zdecydowanie nie zachwyca. Jak już wspominałem, są to utwory wyblakłe, nijakie, niczym się niewyróżniające. Szansę można by dać War Paint, które opisać mógłbym podobnie jak numer tytułowy – przeciętna melodia i produkcja, ciekawy tekst porównujący miłość do wojny. Potencjał miało też Take You High, które zaczyna się całkiem nieźle, jednak całe napięcie siada w refrenie zawierającym chyba najgorszy breakdown, jaki słyszałem w ostatnim czasie. Bardzo słabo przedstawia się także sytuacja ballad. Podzielić je można na dwie grupy: tradycyjne, z pianinem i smyczkami oraz elektroniczne, ale stonowane utwory. Obie są jednak prawie zupełnie pozbawione emocji, a kiedy już one się pojawiają (punkt kulminacyjny w Run Run Run), Kelly popada w okropną, hollywoodzką egzaltację. Chociaż numer do najgorszych na krążku nie należy, na tle ubiegłorocznej wersji Tokio Hotel wypada bardzo blado.

Lata świetności (wielki przebój Breakaway oraz świetne My December) Kelly Clarkson już dawno ma za sobą. Nie spodziewałem się jednak, że po 13 latach kariery zaserwuje nam taką papkę. Tak, papkę, nijaką, nudną, bez pazura i emocji, z wtórnymi melodiami i tekstami (te dwa wspomniane wyżej to wyjątki). Może i Piece by Piece to album lepszy od All I Ever Wanted czy bardziej przemyślany od Thankful, ale nawet te płyty zawierały więcej porywających, wpadających w ucho momentów. Spore rozczarowanie – cztery (albo pięć, bo jeszcze Bad Reputation z deluxe jest interesujące) dobre kompozycje nie wystarczą, by stworzyć dobry longplay.

kelly clarkson

Czytaj również