KęKę – Trzecie rzeczy (2016), recenzja Michała Szuma

2
291

KęKę nie jest może mistrzem PR-owych zagrywek i nie wydaje albumów w spektakularny sposób, ale na pewno nie można zarzucić mu braku słowności. Bo jak mówi, że wyda krążek jesienią, to ukazuje się on jesienią choćby się waliło i paliło. Tak, tak – mowa tutaj o finalnej części zapoczątkowanej w 2013 roku trylogii, której efekt końcowy robi ogromne wrażenie. Teraz, właśnie po wydaniu Trzecich Rzeczy, KęKę może z czystym sumieniem powiedzieć: veni, vidi, vici.

Blichtr? Sława? Blask? Arrivederci!

Niewielu jest raperów, którzy w równie szczery sposób podchodzą do spraw okołomuzycznych. Wspomniana wcześniej słowność nie tyczy się tylko dat i terminów, ale przede wszystkim słów kładzionych do bitów. Ktoś mógłby powiedzieć: no okej, ale przecież równie dobrze cała ta presja, miłość i smutek mogą być jedną wielką ściemą. Dziś, w erze obłudy i fałszu nie byłoby trudno o takie mydlenie oczu, a otępieni słuchacze łyknęliby to wszystko jak młode pelikany. Ciężko się z takim zdaniem nie zgodzić, ale jest jedno „ale”…

Właściwie, to jest ich parę. Konkretnie trzynaście, jeżeli brać pod uwagę tylko Trzecie Rzeczy. Począwszy od Cudu, który jest swoistą lekcją matematyki, KęKę stara się przekonać słuchacza, że równie dobrze można w tym momencie rzucić całą tą gadkę o podanych wyżej wartościach w kąt i zająć się słuchaniem czegokolwiek innego. Mimo to, kilkadziesiąt tysięcy osób decyduje się na zakup płyty lub co najmniej jednokrotne jej przesłuchanie. To właśnie ta liczba, te kilkadziesiąt tysięcy głów są największą siłą potwierdzającą szczerość Piotrka. To właśnie na fundamencie zaufania słuchaczy można budować posąg rzetelności trwalszy niż ze spiżu.

W tym przypadku cegłą jest każda myśl zawarta na płycie, wypływająca wprost z serca rapera. Są one różne, bo i nie każda cegła jest przecież idealna, ale przez to, że leżą one równo, to nic nie ma prawa się choćby zachwiać. Zacznijmy od samych tytułów: Cud, Troski, Smutek, Presja, Miłość, Miraż. Już one nakreślają słuchaczowi pewne standardy w jakich powstał krążek. Całość ponownie opiera się o odczucia KęKiego towarzyszące mu w trakcie procesu tworzenia materiału, w kontaktach z najbliższymi czy o wspomnienia z dzieciństwa.

Teksty siłą rzeczy są bardzo osobiste i to właśnie tu najmocniej w całej trylogii wkraczają w strefę intymną muzyka. Ich funkcje są przeróżne: jedne są katharsis pomagającym w rozliczeniu się z błędami przeszłości, inne stanowią podziękowanie za otrzymaną pomoc, a jeszcze inne są swoistym wyżaleniem się z problemów (takim zwyczajnym, po ludzku). Zarysowuje się jednak widoczna przewaga tych negatywnych, ale taka właśnie ta płyta ma być: pełna żółci. I bynajmniej nie chodzi o to, że słuchacze mają się dołować: jest to raczej pewna lekcja życia, z której należy wyciągać wnioski, aby samemu takich błędów nie popełniać.

To teraz słów parę o bitach. Wyświechtane zdanie, że tworzą z tekstami nierozerwalną całość zostawmy na inną okazję, bo dzieje się w nich zbyt dużo, żeby ogarnąć to takim banałem. Wśród podkładów możemy napotkać głównie newschool, chociaż Troski czy Nie Chcę Umierać stanowią miłą odskocznię od tych pukających w bardziej skomplikowany sposób. Nie wszyscy zakochają się w nich od pierwszego usłyszenia, ale proces adaptacji nie powinien być długi i po którymś z kolei przesłuchaniu wszystko bardzo ładnie siada.

Co zatem z tym brakiem umiejętności dbania o swój wizerunek? Co z całym blichtrem, sławą, blaskiem, które są niezbędne w dzisiejszych czasach do odniesienia sukcesu? KęKę odpowiada: Arrivederci! Jego pozycja jest na tyle stabilna, że kolejne złota, platyny i inne sukcesy są tylko kwestią czasu. Ale to przecież nie o cyferki chodzi. Ważne, że pozostaje on szczery ze sobą w tym, co robi. No i ze słuchaczami rzecz jasna. Nie ma mowy o ściemie, wierzę.

2 KOMENTARZE

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.