KęKę – To Tu (2018), recenzja Dominiki Możdżeń

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

O polskim rapie mówi się różnie. Można zarzucać, że teksty są płytkie, a muzyka przypomina nie hip-hop, tylko disco polo (bo fakt, faktem, zdarza się to coraz częściej). Ale nawet po przesłuchaniu setki bezsensownych kawałków, łatwo odzyskać wiarę w ten gatunek. Wystarczy trafić na Piotra Siarę, znanego raczej jako KęKę

W muzyce, którą tworzy, nie brakuje przekazu, szczerości i energii. Nic dziwnego, że jego utwory cieszą się tak dużą popularnością. Jedno na pewno trzeba przyznać: „Ładnie namieszał na scenie ten zwykły chłopaczek z Radomia”.

Wszystkim, którzy nie zdążyli się o tym przekonać, polecam przesłuchać ostatnią płytę rapera To Tu. Znajdziemy tam materiał dojrzały oraz dobrze przemyślany. Co oczywiście nie znaczy, że nudny, bo zarówno teksty, jak i bity, nie pozwalają na obojętność. Ale to nie koniec.

Kolejne chapeau bas za fakt, że album to zamknięta całość. Sam KęKę w wywiadach podkreślał, że chciał pokazać konkretną część swojego życia. Dlatego też słuchamy tutaj po prostu o muzyce, sporcie, rodzinie oraz Rutynie (bo właśnie taki tytuł nosi pierwszy z utworów na płycie).

Nawet jeśli brzmi to monotonnie, nie warto się zniechęcać. Raper najwyraźniej dobrze odnajduje się zarówno w wolnych, jak i dynamicznych kawałkach. Zacznijmy jednak od tych pierwszych. 

Za przykład weźmy utwór Samson. Nastrojowy klimat to dla wielu na pewno powód do refleksji. Co widać nawet w komentarzach pod klipem. „Aż się łezka kręci” lub ” Przecież to poezja!” to tylko ich próbka. Podobnie można powiedzieć o Idzie wiosna czy Nie pytaj mnie o nic, gdzie teksty są wręcz motywacyjne i faktycznie skłaniają do przemyśleń. Chociaż w kategorii najpoważniejszego utworu wygrywa dla mnie Serce matki.

Dla kontrastu, w To Tu znajdziemy też sporo żywiołowego brzmienia. Zrobiłeś to chłopak, Nigdy ponad stan i Cesarz to totalna dawka energii, która pozytywnie nastraja na cały dzień. Optymistyczny KęKę jest zdecydowanie moją ulubioną wersją rapera. Co jak co, ale dobrze posłuchać, że ktoś w tej erze chandry i bierności cieszy się z życia.

I to nawet pomimo hejtu, o którym mowa w Zoba, Zoba. To z kolei, według mnie, najlepszy feat na płycie. Białas świetnie wpasowuje się w agresywny charakter utworu. Zupełnie inną bajkę mamy w Na dłoni z Andrzejem Grabowskim oraz Brzmieniu z Sarsą. Przyznam, że nie są to moje ulubione kawałki i goście nie do końca pasują mi do albumu. Na pewno nie wznoszą tutaj nic nadzwyczajnego. Ciekawsza współpraca wywiązała się natomiast w Awdgb (o czym świadczy już oryginalny tytuł). Ale -jeśli ktoś jeszcze nie przesłuchał- za dużo zdradzać nie będę.

A koniec spoilerów oznacza przejście do finiszu. Na pewno zgodzę się więc ze stwierdzeniem z Nic dodać nic ująć, że „Muzyka obroni się sama”. Jest tak przynajmniej w przypadku tego albumu. Ale skoro przy 1000 kcal. KęKę wyszedł z założenia, że „czekasz na To Tu, dlatego musi być kozak” to nie można się dziwić. Dlatego też, po kilku miesiącach od premiery, płyta dalej gości na moich playlistach. Poza tym przed nami jeszcze koncerty promujące, a to na pewno będzie „dobrze zrobiona robota”.

oceny

autor recenzji

Sprawdź nasze inne

Recenzje