Chyba każdy chłopak przez jakiś czas był fanem hip-hopu. Gatunek ten wydaje się stworzony dla twardzieli oraz luzaków, którzy cynicznie podchodzą do świata i mają wszystko gdzieś. Ja też kiedyś taki byłem. Przynajmniej tak mi się wydaje. Pewności nie mam, gdyż miałem wtedy 9 lat i nawet nie znałem definicji słowa „cynik”.

Chodziłem do podstawówki i szukałem muzyki, w której mógłbym się zauroczyć. Tak się złożyło, że w tamtym czasie bardzo popularny wśród moich rówieśników był magazyn Bravo (co może szokować, zwłaszcza, jeżeli spojrzy się na słynną rubrykę „Listy do redakcji”, gdzie 14-letnie dziewczyny pytały o „pierwszy raz”, a my z kolegami zastanawialiśmy się o co w tym „pierwszym razie” chodzi). Na jego łamach promowano najnowsze mody. A wtedy, nie oszukujmy się, królowała muzyka hip-hopowa. Peja, Doniu, WWO i tym podobni przedstawiciele gatunku królowali na listach polskiej VIVY, a młodzi chłopcy oczywiście podążali za tymi trendami. W tej kwestii niczym się od nich nie różniłem.
Jednak czas mijał, a moje potrzeby i pragnienia związane z muzyką stawały się bardziej wymagające. Rapowanie o tym, że „nie mam co do garnka włożyć”, wsparte zapętlonymi bitami generowanymi komputerowo, przestało mnie interesować. Szukałem czegoś, dla mnie, ambitniejszego i lepszego. Znalazłem to w muzyce rockowej. A że w wieku 13 lat, czyli okresie, w którym zaczyna się kształtować swoje muzyczne fascynacje, zacząłem uczyć się gry na gitarze, nie było możliwości, bym kiedykolwiek powrócił do hip-hopu. I tak było aż do wakacji 2015 roku.
Pewnego wieczora, leżąc brzuchem do góry na kanapie, przypomniałem sobie, że dekadę temu byłem wielkim fanem Eminema. Bo tak rzeczywiście było. W 2003 roku, kiedy miałem 10 lat, na ekrany kin wszedł obraz 8 Mila z Marshallem w roli głównej. Film promowała piosenka Lose Yourself, za którą raper zdobył Oscara (nie odebrał go osobiście, ponieważ nie przyszedł na galę. Przyznał później, że nie wierzył w to, że komisja przyzna statuetkę kompozycji hip-hopowej). Utwór ten katowałem na okrągło, tylko przyznam się zupełnie szczerze, że nie pamiętam w jaki sposób. W moim mieszkaniu nie było wtedy Internetu, a płyty Eminema na pewno nie miałem (do dzisiaj nie mam). Nieważne jak, ważne, że słuchałem tę piosenkę bardzo często. (Do tego stopnia, że za 2,44 zł kupiłem dzwonek na telefon z linią melodyczną refrenu). I tak leżąc na kanapie z niemal 22 wiosnami na karku przypomniałem sobie, że, cholera!, kiedyś to byłem hip-hopowcem!
Od razu włączyłem sobie utwór Stan, ze świetnym i głębokim teledyskiem (nie ironizuję). Potem zacząłem przesłuchiwać nowsze kawałki rapera. Okazały się autentycznie wciągające. Nóżka automatycznie wystukiwała rytm, a ręka sama zbierała się do machania i rapowania. Potem zacząłem zagłębiać się w warstwę tekstową tych kompozycji i… okazało się, że są na serio o „czymś”.
I tu pojawia się pewna zasadnicza różnica pomiędzy raperami a Eminemem. On, w przeciwieństwie do znacznej większości, ma kapitalne teksty, poruszające ważką tematykę. Gdy oglądam jego teledyski, to nie widzę w nich, poza rzadkimi wyjątkami, gołych panienek wymachujących swoimi tyłeczkami, tylko przemyślanie przygotowane kadry, które tworzą interesującą i wciągającą widza historię. Eminem absorbuje słuchacza w swoje często autobiograficzne utwory i potrafi go przy sobie zatrzymać. Nawet mnie – gościa, który od bitów woli energetyczne gitarowe riffy.
Fani hip-hopu nie obraźcie się, ale muszę to napisać: nie lubię tego gatunku. Czarny PR robią Wam na pewno nastolatkowie (ale nie tylko), którzy jadąc autobusem włączają na cały regulator utwory hip-hopowe i najzwyczajniej w świecie wkurzają resztę podróżujących (nigdy nie widziałem, by ktokolwiek włączał np. kawałki rockowe, czy jazzowe. Fakt ten tworzy już jakąś regułę). Kolejnym elementem odtrącającym słuchacza niezwiązanego z tą muzyką są projekty pokroju Gangu Albanii, które przynoszą temu gatunkowi wstyd. Łatwy dostęp do tworzenia własnych piosenek sprawia, że ciężej jest wyszukać te bardziej wyszukane kompozycje i przez to giną one w morzu kawałków tworzonych przez gimnazjalistów, którzy dorwali się do jakiegoś mikrofonu za 15 złotych ze sklepu elektronicznego u pana Romka i rapują o tym, że nie mają markowych butów, przez co chodzą w szmaciakach. A potem okazuje się, że ów młodzieniec, posługujący się wybitnie wyszukaną polszczyzną (ironia), paraduje po osiedlu w Air Maxach (historia prawdziwa).
Dlatego cieszę się, że w wieku 13 lat zobaczyłem na niemieckiej MTV teledysk do piosenki Smells Like Teen Spirit Nirvany. Dzięki słuchaniu rocka: a) moje życie jest na pewno ciekawsze, niż gdybym nadal słuchał muzyki hip-hopowej; b) zwiedziłem kilkanaście miast w kilku krajach, podążając za ukochanymi rockowymi zespołami w trakcie ich tras koncertowych; c) udało mi się, w końcu!, zacząć działać jako dziennikarz muzyczny; d) zacząłem grać na gitarze, a przez to przeżyłem niezapomniane chwile występując ze swoją kapelą rockową. Teraz zarabiam pieniądze ucząc gry na tym instrumencie.
Kiedyś rzeczywiście byłem fanem hip-hopu. Dzisiaj już nim na pewno nie jestem. Eminema nie traktuję jako przedstawiciela tego gatunku. Widzę w nim kogoś ponad tym wszystkim. Jest i technicznie i tekstowo lepszy, niż większość jego kolegów po fachu.
Mógłbym napisać, że jest królem rapu, ale chyba lepiej będzie brzmiało, jeśli nazwę go bogiem rapu.
Taka aluzja.


