Kate Nash powraca z nowym wydawnictwem. Kiedyś jedna z najważniejszych gwiazd młodego pokolenia w Wielkiej Brytanii, autorka przeboju Foundations i laureatka Brit Awards. Dziś już nieco zapomniana artystka, która próbuje swoich sił także w aktorstwie. Właśnie wydała swoją pierwszą od ponad pięciu lat płytę. Poznajcie album Yesterday Was Forever.
Głos tej niegdyś niezwykle popularnej Brytyjki trudno pomylić z jakimkolwiek innym. Kate Nash udało się swego czasu zrobić ze swojego wyraźnego londyńskiego akcentu niezłą markę. Z przyjemnością wraca się do słynnego indie popowego przeboju Foundations i debiutanckiego albumu Made of Bricks, który pokrył się prestiżową platyną, a w zeszłym roku świętował swoje dziesięciolecie. Specyficzny wokal to nadal znak rozpoznawczy dziewczyny z Londynu.
Niestety, czas ogromnych sukcesów zdobywczyni słynnej nagrody Brit Awards minął dość szybko, a Kate Nash szybko przekonała się, jak przemysł muzyczny może być bezlitosny. Jej drugi album nie zrobił już wielkiej furory, więc wytwórnia, do której należała Brytyjka, stwierdziła, że pora się pożegnać – porzuciła więc młodą artystkę. Mimo wielu trudności w przeszłości, kontynuuje swoją karierę i nadal nagrywa, a nawet udziela się aktorsko – ostatnio jest znana z dużej roli w serialu Netflixa Glow.
Teraz wydała swój już czwarty studyjny album Yesterday Was Forever. Wygląda, że stworzony w zgodzie ze sobą. Bez żadnych nacisków ze strony władz wytwórni – od pięciu lat bowiem Nash nagrywa jako niezależna artystka. Faktycznie, nową płytę zrobiła totalnie po swojemu. To odważna mieszanka stylistyczna, która czasami pozytywnie zaskakuje dźwiękami, a czasami wręcz drażni swoją zawartością.
Trzeba przyznać, że od Kate Nash bije bezczelna pewność siebie. Bez najmniejszych oporów zestawiła ze sobą mocno nawiązującego do brzmień lat dziewięćdziesiątych pop rocka (Life in Pink), indie rocka (Take Away), lekkie r&b (Body Heat), a nawet electropopowe syntezatory (Karaoke Kiss). W takim muzycznym kociole po prostu musi się coś nie udać.
Nowemu krążkowi Brytyjki różnorodności odmówić nie można, ale monolityczności już na pewno. Płyta szybko gubi niezwykle ważną dla dzieła spójność. Pojawia się chaos, niekonsekwencja i dziwne zabiegi. Wystarczy posłuchać utrzymanego w umiarkowanym tempie Hate You, akustycznego Always Shining, nieudanego California Poppies czy agresywnego Twisted Up. Wszystkie te piosenki oddzielnie może i mogą się jakoś wybronić, ale jako całość w ogóle nie zdają egzaminu. Zbyt dużo je różni, zbyt wiele dzieli.
Kate Nash nie potrafi zdecydować się, co tak naprawdę jej w duszy gra. Chce być jednocześnie kobietą o wielu twarzach – zarazem zadziorną, buntowniczą, liryczną i zabawną. Sporo tego, jak na jeden album. Nic więc dziwnego, jeśli słuchacz zacznie się zastanawiam, czy Yesterday Was Forever można w ogóle nazwać dziełem autentycznym.
Pierwsza płyta artystki odniosła tak ogromny sukces, bo ludzie byli zachwyceni jej prostymi, ale niezwykle trafnymi tekstami. Mimo że nie były z wyższej półki, docierały do wielu słuchaczy. Dziś piosenkarka z Londynu nadal potrafi opowiadać różne historie – o życiu, swoich problemach emocjonalnych i związkach. Słychać, że chce powiedzieć o naprawdę istotnych kwestiach, ale nie robi tego w zbyt wyszukany sposób. Warstwa liryczna Yesterday Was Forever jest w większości dość oklepana, leniwa, typowa i mało inspirująca.
Czwarta płyta Nash skrywa jednak też coś wartego uwagi. Indiepopowe Call Me, flirtujące z r&b Body Heat, przyjemnie bujające My Little Alien, zamykające To the Music I Belong czy głośne i chwytliwe Drink About You, które jest bez wątpienia najlepszym momentem całego albumu. Tymi utworami Brytyjka udowadnia, że muzyczny talent posiada i umie go czasami wykorzystać.
Branża muzyczna nie zawsze była łaskawa dla Kate Nash. Przeżyła sporo, ale nie dała się i nadal tworzy. Słychać, że płytę Yesterday Was Forever zrobiła przede wszystkim z myślą o sobie. Stworzyła ją na własnych warunkach. To odważny i nagrany z pasją album, w którym jednak wiele nie gra. Wygląda na to, że Brytyjka uwielbia sprzeczności, ale czy słuchacz też je polubi? Może być trudno. Wielowymiarowość to interesująca cecha. Potrzebna jest jednak jakaś równowaga. Ta muzyczna mozaika nie klei się.


