Kasia Stankiewicz – Lucy and the Loop (2014), recenzja Damiana Mączyńskiego

Kasia Stankiewicz wraca po długim okresie artystycznego milczenia. Aż osiem lat kazała nam czekać na premierowy materiał. Ostatni, przełomowy album, Mimikra, stanowił przemyślane i kapitalne odniesienie do lat 80-tych. Najnowsze wydawnictwo piosenkarki – Lucy And The Loop jest naturalną kontynuacją drogi obranej na poprzednim longplayu. Cztery lata rzetelnej pracy doprowadziło Stankiewicz do stworzenia wielopoziomowego projektu.

Najnowsze przedsięwzięcie byłej wokalistki Varius Manx to nie tylko wydawnictwo muzyczne. W pomysł zaangażowali się także artyści z różnych stron globu. Wynikiem kooperacji są ekspozycje fotografii, obrazów czy też rzeźb, które w połączeniu z muzyką dają kompletny efekt. O dalekosiężności projektu niech świadczy fakt, iż w planach jest także film inspirowany premierowym materiałem piosenkarki, o którym mówiła w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Lifestyle:

Powstanie dziesięć etiud filmowych ułożonych w jeden film, który swoją premierę będzie miał w przyszłym roku. Zaprosiłam do współpracy przy tych projektach moich ukochanych reżyserów, których filmy zostawiają ślad na długo pod moją skórą i mam ochotę zobaczyć je znowu. Między innymi Kamila Króla, Kasię Klimkiewicz, Grega Zglińskiego, Jacka Borcucha. Jesteśmy w trakcie rozmów.

Powróćmy do płyty. Lucy And The Loop to ambitny koncept album. Warstwa liryczna krążka opowiada o Lucy, która dokonuje retrospekcji dotychczasowego życia. Analiza skłania główną postać do szukania własnego miejsca na ziemi oraz poznania wewnętrznego ,,ja”, by w końcu dokonać metamorfozy. Kasia Stankiewicz zaznaczała, iż losy głównej bohaterki są niejako odzwierciedleniem ostatnich lat egzystencji samej wokalistki. Trudno rozbierać na części pierwsze spójną historię. Każdy utwór to osobny etap jednej ściśle obranej drogi, którą są losy Lucy. Należy jednak przyjrzeć się bliżej temu krążkowi, ponieważ jest tego wart.

Warstwa muzyczna usadowiona jest w ramach electro-pop, choć momentami wymyka się tak sztywnemu zaszufladkowaniu. Otrzymujemy album trudny, zagmatwany rytmicznie, nieokradziony jednakże całkowicie z melodyjności. Otwierający i wprowadzający w historię Lucy utwór Alone(It’s My Way) rozpoczyna się mistycznym, przestrzennym wstępem, by przerodzić się w hipnotyczny, podkreślony mocnym basem rytm, urozmaicony klawiszami. Kapitalne rozpoczęcie płyty. Liczne zmiany klimatu i tempa mamy także w prawie sześciominutowym Changes. Tajemniczy, momentami mroczny utwór, spotęgowany dęciakami. Interesujący kawałek. Bardziej chwytliwe momenty Stankiewicz serwuje nam w utworach: East i As I See. Pierwszy z wymienionych oczarowuje łagodnością i subtelnością brzmienia, drugi chwytliwością refrenu. Impair zaskakuje połamanym rytmem, Miracles pomysłem, by zbudować podkład na wielogłosach. Singlowy Lucy to świetny punkt albumu. Mocny rytm perkusyjny, wibrafon, wyśmienite zabawy głosem Kasi Stankiewicz. Co prawda lekkie znużenie odczułem podczas słuchania utworu Up, jednakże wieńcząca płytę, cudna piosenka Dancing With Balloons z piękną partią klawesynu i fortepianu, pozostawiła bardzo pozytywne wrażenie o całym longplayu. Co do linii wokalnej nie mam zarzutów. Subtelny i klimatyczny głos Stankiewicz w anglojęzycznych utworach sprawdza się bardzo dobrze.

Kasia Stankiewicz powróciła w bardzo dobrym stylu. Lucy And The Loop to album niełatwy, pokombinowany rytmicznie i aranżacyjnie. Przerost formy nad treścią? Malkontenci zawsze się znajdą. Stankiewicz chciała nagrać album nietuzinkowy i to jej się udało. Koncept opowiadający o Lucy idealnie nadaje się na jesienno-zimowe wieczory. Lucy And The Loop to krążek, który powinien zostać wyeksportowany poza granice naszego kraju. Jeżeli tak się nie stanie, zmarnujemy wielki potencjał, jaki drzemie w najnowszym albumie autorki Mimikry. Miejmy nadzieję, że na następne wydawnictwo piosenkarki nie będziemy musieli czekać tyle czasu.

stankiewicz

Czytaj również