Cztery lata temu przyjechała do Warszawy ze wschodu, ciemnej strony narodu. Tam dorastała, przeżywała pierwsze zawody miłosne i poznała „prawdziwe”, konsumpcyjne życie. Dziś, po kilku upadkach i poturbowaniach, powraca. Tina w wykonaniu Karoliny Czarneckiej nieco się zmieniła. Jest wulgarna, świadoma swoich poglądów, bezczelnie bezczelna – tak zmieniła ją stolica, a raczej larvarium. Więc, ile jest Tiny w Tinie?
Niegdyś żądna świata, sławy, kariery i wielkiej miłości. Dziś zdegenerowana, zniszczona i zawiedziona tym, co ją spotkało. Nie spełniła do końca amerykańskiego snu, albo inaczej – spełniła go, ale nie tak, jak to sobie wyobrażała. To smutne lustrzane odbicie tego, co może spotkać każdego człowieka w momencie wyfrunięcia z rodzinnego gniazda. Solarium 2.0 to pamiętnik i zapis tego, co spotkało Tinę. Wyciągnęła wnioski i dalej twardo idzie po to, co jej się należy.
Dość sporo się w Niej zmieniło. Zaklimatyzowała się w środowisku i w wylęgarni zaczyna czuć się jak w domu – choć trochę jej to zajęło. Lirycznie nie jest już tak zachwycona. Pomimo, że wciąż poetycka, aktorska (choć nie tak jak kiedyś) i mocno metaforyczna, to jednak inna. Mroczna, obślizgła, obcesowa i opryskliwa. Opisuje nie tylko to, co jest bliskie jej sercu, ale także co zauważa wokół siebie – smutna rzeczywistość, problemy społeczne i rodzinne. Choć czasami rymy są pospolite i przez to zabawne, to nie jestem pewien, czy chociaż połowa polskich songwriterów może pochwalić się takim warsztatem językowym jak Czarnecka. Bawi się piórem, tworzy neologizmy i abstrakcyjne metafory.
Sprzyja jej także w tym muzyka. W wyrażeniu tej brudnej liryki pomogła jej elektronika, gitary elektryczne, ale także klasyczne instrumenty i… disco. Produkcja, w porównaniu do poprzednika – Córki, czy pobocznego projektu – Gang Śródmieście, jest o wiele bogatsza i pyszna. Wiele się tu dzieje i trudno się połapać co do czego. Nie czuć tej surowości, tak jak wcześniej. Melodie nie są wykończone tak surowo jak na debiucie. Tu jest bardziej gładko, lotnie i przestrzennie. Pomagają w tym backgroundowe chórki i czasami zaciągające, dreampopowe dźwięki. Ba! Znalazło się sporo miejsca dla fascynujących instrumentali. W warstwie muzycznej dzieje się – zmiany tempa, niekonwencjonalne rytmy i fuzje dźwiękowe. To tylko część tego, co może Was tu spotkać.
Podkrężone lśnią brokatem oczy dawno niewyspane
Królowe warszawskiej nocy,
Wchodzą na scenę lekko przyćpane
Księża, maklerzy, posłowie
W jury konkursu siedzą same tuzy
Casting na miłość, kto dziś wygra?
Nagie na wybiegu wolnego rynku muzy – „Księżniczkowisko”
Choć koncepcja została zachowana, to trochę się zmieniło. Jest już mniej gry aktorskiej, mniej recytacji, a więcej śpiewu i muzyki. Marsz Śmieci ostrzy apetyt – ale dziś trzeba obejść się smakiem. To już nie ta sama Czarnecka. Dojrzała nie tylko jej postać, ale także warsztat. Sentyment jest, ale metamorfoza na plus. Przez to jej muzyka stała się bardziej przyziemna, otwarta i przyjaźniejsza dla szerszego grona odbiorców. Nie ma już też krzyków, które mogłyby nieco odstraszyć. Powiem więcej – jest bardziej kobieco, co do Karoliny zazwyczaj nie jest podobne.
To będzie najbardziej pociągająca, intrygująca, bezpośrednia, wkurwiająca i wreszcie najlepsza płyta roku wydana na naszym, matczynym rynku muzycznym w 2018 roku. Będzie wzbudzała skrajne opinie – jednych zachwyci a drugich wzburzy i zirytuje. Cudem uniknęła tematyki politycznej (choć niekoniecznie do końca), ale opozycyjnie w piękny (powiedziałbym, że magiczny i kontrastowo bezpośredni) sposób podkreśliła problemy ludzkiej egzystencji. Czarnecka to już nie tylko nazwisko, ale także marka, z którą kojarzy się solidna i dobrze wykończona muzyka oraz przemyślana zabawa polskim słowem. Wulkan, który ewoluuje na naszych oczach.


