MENU

    Kamasi Washington i jego saksofon oczarowali warszawską Stodołę. Relacja Piotra Krajewskiego

    Kamasi Washington to jedna z najciekawszych postaci współczesnego jazzu, którego muzyka potrafi przenieść w zupełnie inny świat. Amerykańskiego saksofonistę pokochały miliony słuchacze na całym świecie, a krytycy okrzyknęli go muzycznym geniuszem naszych czasów. W poniedziałek powrócił do Polski i dał niesamowity koncert w warszawskiej Stodole.

    Mówią, że jazzu nie poczujesz w pełni póki nie usłyszysz go na zywo. Coś w tym jest. Ten gatunek muzyki budzi w człowieku tyle emocji i bodźców. Koncert jazzowy sprawia, że wszystko czujesz jeszcze mocniej, wyraźniej, intensywniej. Dokładnie tak było podczas warszawskiego koncertu Kamasiego Washingtona, który zaczarował w poniedziałkowy wieczór Stodołę. Można było poczuć się niczym w najlepszym klubie jazzowym na południu USA.

    Trudno opisać słowami to, co się zadziało w Warszawie. Kamasi i jego siedmioosobowy zespół pokazali w trakcie niemal dwugodzinnego koncertu, ile dobrego do zaoferowania ma współczesny jazz. Połączyli świat nowoczesnego, pełnego rozmachu i innowacyjnego jazzu z bogatą tradycją, którą za sobą niesie ten wywodzący się ze Stanów Zjednoczonych gatunek. Warto jednak przekraczać granice, nie trzymać się sztywno ram i odważyć się na awangardę.

    Z pomocą swojego niesamowitego saksofonu Kamasi Washington pozwala swobodnie płynąć brzmieniu. Nie ma miejsca na zachowawczość, ograniczenie, odtwórczość, zamknięcie się na jakiekolwiek dźwięki. Muzyka dzieje się tu i teraz. To od niego oraz jego zespołu zależy, co się dalej wydarzy. Pięknie było obserwować, jak wszyscy muzycy przeżywali koncert, jakby to było ich pierwsze spotkanie z publicznością. Oni bawią się muzyką, dają się ponieść chwili, nie boją się ekspresji, pogrążają się w tym koncertowym szaleństwie razem z widzami, którzy chłoną dźwięk po dźwięku.

    Każdy z członków zespołu miał swój wyjątkowy moment. Nikt nie był jedynie tłem dla Washingtona. Wszyscy zagrali pierwszoplanowe role w tym muzycznym spektaklu. Perkusje, klawisze, puzon, kontrabas, flet, saksofon. Niebywałą instrumentalną mieszankę dopełniał intrygujący wokal Patricii Pitman Quinn. Na scenie pojawił się także Rickey Washington, muzyk i ojciec Kamasiego, który przez cały koncert wspierał swojego syna. Niezwykle miło było podpatrywać, kiedy dwa pokolenia łączyły się w jedno i jak starszy Washington niejednokrotnie z olbrzymim skupieniem obserwował talent swojego dziecka.

    „Różnorodność nie jest czymś, co można tolerować. To coś, co powinno się celebrować” – powiedział Kamasi Washington w trakcie warszawskiego koncertu. W ten właśnie sposób artysta chciał zaapelować do widzów i uzmysłowić każdemu z nas, że piękno tkwi w różnorodności, a świat pełen różnych ludzi to miejsce cudowne, kolorowe i fascynujące. Ważne słowa, które chyba dla wielu mieszkańców naszego kraju wciąż niestety nie są tak oczywiste.

    Spotkanie na żywo z Kamasim Washingtonem utwierdza w przekonaniu, że mamy do czynienia z muzycznym geniuszem. To artysta przez duże A, który nie chce płynąć z prądem. Woli robić dzisiejszy jazz po swojemu. Stawia na wielowymiarowość, awangardę i przekaz. Swoją muzyką chce walczyć o lepsze jutro. Warszawa potrzebuje więcej takich koncertów.

    Piotr Krajewski
    Piotr Krajewski
    Dziennikarz muzyczny z Warszawy. All About Music & Radio ZET. Kontakt: [email protected] / [email protected]

    Ostatnio opublikowane