„To był jeden z najbardziej niezwykłych momentów w moim życiu!” Julia Stone w wywiadzie dla All About Music

Julia Stone to nie tylko połowa duetu Angus & Julia Stone, który współtworzy ze swoim bratem, ale także pełnoprawna artystka solowa, która potrafi pójść własną drogą. Udowodniła to albumami, które wypuściła na początku zeszłej dekady, oraz koncertami, które zagrała w pojedynkę. Teraz powraca z nowymi siłami, nową dojrzałością i nowym brzmieniem na płycie „Sixty Summers”, która swą premierę będzie miała 30 kwietnia. O tym, jak nagrywa się teledyski w pandemii i gdzie najlepiej smakuje polski barszcz porozmawiałam z Julią chwilę przed wypuszczeniem jej najnowszego singla „Fire In Me”. 

Julia Stone's Sixty Summers

Marta Umiejewska: Julia, gratulacje z powodu ukończenia nowego albumu. Miałam przyjemność posłuchać go w całości i jestem zachwycona. Dostrzegam też wyraźną zmianę w brzmieniu w porównaniu do tego, do czego nas przyzwyczaiłaś. Czy obawiasz się reakcji fanów na tę zmianę?

Julia Stone: Do czasu premiery krążka wypuszczę już 5 czy 6 piosenek, więc myślę, że ludzie zdążą się przyzwyczaić do tych nowych dźwięków. Reakcja na „Dance”, „Break” czy „We all have” jest bardzo pozytywna. W marcu planuję wydać kolejny utwór, więc do czasu premiery słuchacze będą mieli okazję poznać prawie połowę płyty. Jestem bardzo podekscytowana wydaniem „Sixty Summers”, bo stworzyłam coś, co naprawdę mi się podoba. Jedyne, co mnie martwi, to że nie będę miała okazji pojechać z tą płytą w trasę, a marzyły nam się koncerty w Europie. Moim zdaniem granie muzyki na scenie nadaje jej głębszego znaczenia i pozwala wydobyć sens.

MU: Czy oprócz odebrania Ci możliwości występowania na żywo, rok 2020 był dla Ciebie łaskawy?

JS: Nie powiedziałabym, że był dla mnie dobry, ale nauczył mnie elastyczności i poszukiwania kreatywnych rozwiązań. Przez większość czasu w Melbourne obowiązywał lockdown, więc musiałam nieźle kombinować, żeby przygotować tę płytę. Klip do „Unreal” stworzyliśmy pomiędzy 3. a 4. etapem obostrzeń, jednak z czasem pojawiło się więcej przypadków zachorowań, więc musieliśmy zacząć się izolować. Teledysk do piosenki „Dance” powstawał w Nowym Jorku, bo aktorzy i reżyser mieli tam więcej swobody. Fragmenty, w których ja występuję, zostały nagrane na iPhone’a przez mojego męża w domowej pralni, a za oświetlnie służyły nam lampy z salonu. Ostatnio wypuszczony film do „We all have” nakręciliśmy tuż po wyjściu z 4. etapu obostrzeń, gdy otworzyły się granice z Tasmanią. 

MU: Mogłabyś powiedzieć coś więcej na temat okoliczności powstania tego pięknego wideo? 

JS: To był jeden z najbardziej niezwykłych momentów w moim życiu! Spotkałam się z reżyserem, który opowiedział mi historię swojej rodziny, którzy zajmowali się łowieniem skorupiaków. Poprzez film chciał pokazać, jakie to uczucie spędzać tyle czasu na wodzie, w ilozacji od świata, ale jednocześnie w tak pięknym miejscu, jakim jest Tasmania. Wyruszyliśmy tam tuż po zdjęciu restrykcji. Na nakręcenie teledysku mieliśmy aż 6 dni, co jest rzadkością w branży muzycznej. Przez ten czas miałam okazję poznać jego rodzinę i nocować u nich w domu. Któregoś dnia, gdy płynęliśmy już szóstą godzinę, rozbijając się o ogromne fale, zobaczyłam nagle ławicę delfinów tuż koło łodzi. Zaczęłam dosłownie krzyczeć z emocji! Tak samo było z fokami. Dla mieszkańców Tasmanii to normalny widok – foki są wręcz irytujące, bo utrudniają pracę, chcą się bawić, a w dodatku sprowadzają żarłacze brunatne, które się nimi żywią.

MU: Miałaś odwagę zanurkować?

JS: Weszłam do wody tylko raz, ale nie na nurkowanie. Wody wokół Tasmanii są bardzo zimne. Ale nurkowałam już w przeszłości – moja mama jest badaczką środowiska morskiego, więc to ona mnie tego nauczyła. 

MU: Twoje liceum w Sydney znajdowało się tuż przy plaży, więc domyślam się, że byłaś w wodzie na każdej przerwie.

JS: Szczerze mówiąc w liceum nie lubiłam chodzić na plażę. Czułam się niekomfortowo kiedy znajomi oglądali mnie w kostiumie kąpielowym. Wolałam zostać w szkole, nawet po lekcjach, i ćwiczyć w zespole. Ale pamiętam, że inni uczniowie przychodzili na lekcje ubrani w bikini, które wystawało spod mundurków, a tuż po dzwonku wybiegali z sali, żeby się chwilę poopalać.

MU: Wracając do albumu – śpiewasz na nim piosenkę „Dance” po francusku. Potrafisz mówić w tym języku?

JS: Niestety nie. Ale Francja jest mi bardzo bliska – od zawsze tam występowałam i spędziłam tam mnóstwo czasu. Podczas koncertów zawsze chciałam nawiązać kontakt z publicznością w ich języku, więc mówiłam „Je voudrais vous présenter mes amis qui sont sur la scène avec moi ce soir”…

MU: Wow, czyli mówisz pełnymi zdaniami!

JS: Właśnie w tym problem, że nie, ale wielu Francuzów odnosiło takie wrażenie jak Ty i próbowali kontynuować rozmowę! Musiałam wtedy tłumaczyć, że to tylko taka sztuczka (śmiech). Dlatego z czasem uczyłam się coraz dłuższych wypowiedzi, potem wierszy, a w końcu całych tekstów piosenek. Wreszcie ten język i akcent weszły mi w krew i choć wciąż niewiele rozumiałam, to jakoś go czułam. Nawiązałam współpracę z francuskim piosenkarzem Benjaminem Biolay i zaśpiewałam na jego albumie. Słuchałam też innych francuskich muzyków, pokochałam twórczość Vanessy Paradis. Z tym całym zapleczem językowym po ukończeniu piosenki „Dance” czułam niedosyt i chciałam zaśpiewać choć część po francusku, aby móc ją potem wykonywać na francuskich scenach. Zobaczymy, czy to się uda. 

MU: Moja ulubiona piosenka Twojego autorstwa nosi właśnie francuską nazwę – Chateau, jednak opowiada o hotelu w Los Angeles. Hotelu, w którym pewnie byłaś?

JS: Tak, nocowaliśmy tam z Angusem wielokrotnie. Chateau Marmont to legendarne miejsce, które bardzo pasowało nam do pomysłu tańczenia w nocy w pokoju hotelowym. Ale w rzeczywistości po prostu spędzaliśmy tam czas ze znajomymi, piliśmy drinki przy barze i chłonęliśmy tę historyczną atmosferę, odpoczywając po koncertach. 

MU: Rozmawiałyśmy już dziś o dzikiej Tasmanii, eleganckiej Francji i klimatyczny Los Angeles. Gdybyś miała porównać trzy kontynenty, które dzięki trasom koncertowym bardzo dobrze już poznałaś, to który z nich oferuje najlepsze widoki?

JS: Hmm, dobre pytanie. Jako pierwszy zobaczyłam w głowie obraz drogi z San Francisco do LA i widok wyłaniającego się Oceanu Spokojnego. Pamiętam, że płakałam, gdy ujrzałam go po raz pierwszy. Cały region Big Sur jest przepiękny, ale także Tucson, Arizona, wszystke obszary pustynne, Joshua Tree, te wspaniałe kaktusy… Cały czas mówię o Ameryce, ale nie mogę zapominać o katedrach w Paryżu i włoskich kościołach, a z kolei Australia maluje takie wyjątkowe i niespotykane krajobrazy, jakich nie ma nigdzie ińdziej na świecie. Więc przykro mi, ale niestety nie potrafię wybrać.

MU: A co z jedzeniem?

JS: Tu zdecydowanie wygrywa Australia. Jedzenie w Europie jest pyszne, ale w Australii najcudowniejszy jest ogromny wybór restauracji. Można tu znaleźć dania z każdego zakątka świata. Jedną z moich ulubionych knajp w Melbourne jest polska restauracja „Borsch, Vodka and Tears”. Serwują tam między innymi 150 różnych rodzajów wódki, tradycyjny barszcz, schabowe i gołąbki. Nie ma to jak polski barszcz na wybrzeżach Australii!

MU: O wow! A co jeśli chodzi o fanów?

JS: Hm… Źle mi z tym, ale chyba muszę odpowiedzieć, że Europa. Tylko nie mów Australijczykom! 

MU: Nikomu nie powiem! I ostatnie – muzyka. 

JS: Tu chyba remis… Wychowywałam się na amerykańskiej muzyce z lat siedemdziesiątych, ale później poznałam wspaniałych australijskich muzyków. Z kolei w Europie są najlepsze festiwale muzyczne – nie największe, ale najlepsze jakościowo. Każdy kontynent ma swoją własną wspaniałą spuściznę muzyczną. 

MU: Trudno się z tym nie zgodzić. Dziękuję Ci bardzo za rozmowę i życzę powodzenia przy promocji przepięknego albumu „Sixty Summers”. 

Ostatnio opublikowane

Popularne