Pisała dla największych nazwisk w przemyśle muzycznym. Odpowiada za niezliczoną ilośc hitów, która podbijała europejski i światowy rynek muzyczny. Do świadomości słuchaczy zawitała za sprawą singla „Issues” – od tamtego czasu została wsadzona do szuflady z napisem „One Hit Wonder”. Dziś wraca ze zdwojoną siłą i prezentuje pierwszą część debiutanckiego studyjnego albumu.
Premiera Inner Monologue odbyła się w sposób cichy. Niewielu pisało o wydaniu mini-albumu. Nigdzie nie było wywiadów, wielkich bilbordów i sesji na okładkach popularnych magazynów. Jedyną formą promocji było odliczanie na jej mediach społecznościowych. Zrobiło się nieco głośniej, kiedy okazało się, że na muzycznym wydawnictwie pojawią się dwa gorące nazwiska – Selena Gomez i Niall Horan, dwójka bliskich i ważnych osób w życiu Julii Michaels.
Julia trochę rozrabia. Nervous System było dość eklektycznym wydawnictwem. Późniejszy singiel – Jump, który jak wszyscy sądzili miał zwiastować nowy materiał Michaels (i finalnie na trackliste nie trafił), był mroczny i lekko trapowy. Chyba niewielu spodziewało się, że Inner Monologue będzie tak lekkim i nośnym materiałem.
Lwia część EPki to utwory akustyczne, w których nie dominuje ani gitara, ani też fortepian. Sporym zaskoczeniem jest obecność ukulele, co sprawia, że materiałowi bliżej do klimatu lata niż zimy. I trochę tak jest. Słuchając Inner Monologue można odczuć powiew ciepła, radości i pozytywnych wibracji – co tak naprawdę jest przeciwieństwem warstwy lirycznej. Dzięki Ci Julia za taki dysonans. Z jednej strony wakacyjna lekkość warstwy lirycznej, a z drugiej chłód płynący z tekstów. Dobrze też, że w Deep pojawia się trochę gitary basowej, która dodaje skoczności i chwytliwości.
Te dość ubogie pod kątem produkcji piosenki doskonale pokazują wszystkie walory wokalne samej twórczyni, ale także gości – Seleny Gomez i Nialla Horana. Już po pierwszej kompozycji wiadomo, że słuchacz nie powinien się skupić na samej melodii, ale na przekazie. Dlatego tak wielu może nie podobać się, że Anxiety jest tak delikatne, trochę jakby zrobione na szybko i bez dużego nakładu finansowego. Ale to własnie jest tu piękne. Tak poważny temat jak lęk społeczny został przedstawiony trochę w kontrastowy sposób, a sama radosna melodia stanowi kapryśne przełamanie schematu.
I gdyby spojrzeć jedynie na same teksty, to można byłoby przypuszać, że będzie to materiał przyprawiający o depresję, którą dostarcza nam chociażby Birdy czy Emeli Sande. Są przykre rozstania, złamane serca, tęsknota za miłością oraz ostatnie i najważniejsze – lęki społeczne. Nakładając melodię – pojawia się również przepaść pomiędzy tym co widzimy (tekst) i tym co słyszymy (muzyka). Genialny zabieg.
Najmocniejszymi akcentami są na pewno: Anxiety za swoją frywolność i kapryśność oraz ważność tematyki, Happy za refren z przyputem i What A Time, które jest cholernie nośne, eteryczne i wielowymiarowe – lekko marzycielskie. Obok niestety staje przeciętne Apple, które nie ma żadnego klimatu i przełamania monotonii melodyjnej.
Ciekawego klimatu dodają też chórki, które pojawiają się dość często w Anxiety, Happy i What A Time. Patrząc na wcześniejsze dokonania artystyczne Julii – słychać ogromny progres. Michaels nieustannie rozwija swój warsztat, działa i nie próżnuje. Zdaje się, że właśnie w tym momencie odnalazła swoją drogę, która już wcześniej przebijała się w Nervous System. W samym Into You i Happy wplecione są minimalne fragmenty punku, które łamią jednostajną melodie instrumentów klasycznych. To też dobry wyznacznik na refren, dzięki czemu piosenki wydają się być bardziej radiowe – choć w dzisiejszych czasach próżno szukać podobnych brzmień w radiu.
Zabawne też trochę jest to, że Julia potrafi pisać radiowe hity, ale najprawdopodobnie albo nie chce – albo nie potrafi napisać jakiegoś dla siebie. Tutaj nie ma NIC, co mogłoby choć w najmniejszym stopniu przebić się do rozgłośni radiowych. Jest popowo ale to nie ten odłam, co radia lubią grać.
Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby Julia Michaels od razu uraczyła nas pełnowymiarowym wydawnictwem muzycznym, a nie dzieliła je na części – podobnie jak Sabrina Carpenter. Chociaż apetyt rośni w miarę jedzenia. Właśnie zjadłem Inner Monologue Part 1 i powiem jedno, mam cholerną chrapkę na kolejną część.
