Joss Stone, biała Brytyjka o bardzo czarnym głosie, może i wypadła z wyścigu o tron najpopularniejszej piosenkarki na Wyspach, ale wciąż liczy się, gdy myślimy o dobrej muzyce „made in UK”. Joss nie eksperymentuje z brzmieniem, choć w niejeden już gatunek się bawiła, za każdym razem przekazując nam cząstkę siebie.
Trzy lata po zawierającym covery wydawnictwie The Soul Sessions Vol. 2 i cztery po ostatnim w pełni autorskim albumie LP1 Stone powróciła z nowymi piosenkami. Czy jej utwory są tą tytułową Water for Your Soul? Czy gaszą pragnienie tak szybko jak Sprite?
Joss Stone zadebiutowała w bardzo młodym wieku. Mając zaledwie szesnaście lat wydała pełen coverów album The Soul Sessions. Szybko stała się ulubienicą krytyków i prasy. Przystąpiła do pracy nad kolejnymi numerami, prezentując rok później autorskie wydawnictwo Mind Body & Soul. Potem przyszła pora na Introducing Joss Stone i Colour Me Free, po których rozstała się z podkładającą jej nogi wytwórnią. Artystka założyła własny label i zaczęła na nowo budować swoją markę.
Nad nowymi utworami Joss współpracowała z synem Boba Marley’a, Damianem. Artyści znają się od lat. Nie wiem, czy pamiętacie, ale byli członkami istniejącej chwilę supergrupy SuperHeavy. Damian namówił Stone na odważniejsze sięgnięcie po reggae. Między Water for Your Soul a LP1 jest ogromna różnica. O ile cztery lata temu Joss uchodzić mogła za wnuczkę Janis Joplin, tak teraz porzuca mroczne odmęty amerykańskiego bluesa i przenosi się na słoneczną Jamajkę. Chociaż na starszych płytach wokalistka chętnie przemycała reggae, jeszcze nigdy nie robiła tego tak chętnie.
Album Water for Your Soul rozpoczyna pogodna, leniwa kompozycja Love Me. Nie sposób nie zakochać się w bardziej soulowym niż utrzymanym w reggae klimacie This Ain’t Love czy gitarowym, balladowym Stuck on You. Po dwóch osadzonych w spokojniejszej stylistyce piosenkach ponownie przychodzi czas na coś do pobujania się. Rhythm’n’bluesowe Star równie dobrze powstać by mogło w połowie lat 90., co jest najlepszym kompletem. Oldskulem na kilometr wieje też z Let Me Breathe, które zaraz robi miejsce słonecznemu, luźnemu Cut the Line, Wake Up z gościnnym udziałem Damiana Marley’a, żywiołowemu Way Oh czy w końcu intrygującemu początkiem i niemalże rapowymi fragmentami Underworld. Końcówka płyty także nie zawodzi, choć wydawać by się mogło, że takie Molly Town przewinęło nam się na Water for Your Soul już nie raz, ale pod innymi tytułami. Warto jednak zwrócić uwagę na kojące, nieco senne Sensimilla i pełne energii Harry’s Symphony.
Czekanie tak długo na nowy album Joss się opłaciło. Wprawdzie płyta LP1 wciąż pozostaje tym najważniejszym krokiem milowym w jej twórczości, ale Water for Your Soul nie zawodzi i zachwyca spójnością. Jest idealnym wydawnictwem na leniwe, wakacyjne przedpołudnie. Lekka, pełna uroku, świetnie zaśpiewana płyta.


