John Newman – Revolve (2015), recenzja Aleksandry Żeleźnik

John Newman znany wszystkim dzięki głośnemu hitowi Love Me Again powrócił z drugim albumem. Czekałam, naprawdę czekałam na to wydawnictwo. Oczarowana jego fonograficznym debiutem już jakiś czas temu wpisałam się do grona jego fanek. Ale jak to zwykle bywa przy sequelach – przyszło rozczarowanie. Co prawda nie duże, ale na tyle wielkie, żeby zdystansować się i pomyśleć nad jedną sprawą: czy opłaca się nagrywać to, co już było?

John Newman to 25-letni brytyjski piosenkarz, kompozytor oraz autor tekstów. Dorastał w Settle w Yorkshire Dales. Od najmłodszych lat interesował się muzyką, już jako czternastolatek bowiem zaczął pisać swoje własne teksty. Jego kariera nabrała tempa, gdy w wieku 20 lat postanowił przenieść się do Londynu i zająć się muzyką na poważnie. To właśnie wtedy nagrał studyjną wersję przeboju Cheating, który otworzył mu drzwi do podpisania kontraktu z Island Records. Później było tylko lepiej. Rok 2012, to rok przełomowy dla Johna. Nagrany wspólnie z grupą Rudimental kawałek Feel the Love szybko zagościł na rodzimych listach przebojów. Artysta zaczął pracę nad solowym albumem Tribute, który światło dzienne ujrzał w 2013 roku dochodząc do pierwszego miejsca UK Albums Chart. To właśnie na tym krążku pojawił się największy jak do tej pory hit Newnama, znany wszystkim dobrze utwór Love Me Again. Piosenka ta uświadomiła słuchaczom z kim mają do czynienia. Cheating, Losing Sleep, Out of My Head, co prawda jako kolejne single nie odniosły takiego sukcesu jak ich poprzednik, ale na pewno zapewniły muzykowi rozpoznawalność. W międzyczasie artysta pracował nad swoim drugim wydawnictwem, współpracując gościnnie, jako tekściarz z Jessie J czy Olly Mursem oraz nagrywając z Calvinem Harrisem utwór Blame. Zapomniałabym o najważniejszym! Za album Tribute zgarnął trzy nominacje do Brit Awards w kategoriach: Najlepszy teledysk, Najlepszy singiel oraz Najlepszy Solowy Artysta. Przyznacie, że jak dla debiutanta tyle nominacji to spore wyróżnienie.

Wracając do meritum sprawy. Dokładnie dwa lata od pierwszej płyty, czyli 16 października 2015 roku na sklepowe półki trafia album Revolve wydany dzięki wytwórni Universal Music. Jak już wspomniałam wyżej czekałam z utęsknieniem na to wydawnictwo. Nie mogłam się doczekać, kiedy ponownie usłyszę, tym razem w nowych aranżacjach, niesamowicie oryginalny głos Johna. Pierwszy singiel Come And Get It tylko pogłębił moją ekscytację. Później też nie było źle – Tiring Game urzekło od pierwszej nuty. Jednak im dalej tym gorzej. Nie jest jest źle, ale to nie do końca to, czego się spodziewałam.

Płytę otwiera monolog. Tak dobrze czytacie – monolog. Monolog wygłaszany przez Idrisa Elbę (dla tych, którzy nie wiedzą – to nominowany do Złotego Globa aktor, obecnie gra w serialu Luther) do muzyki skomponowanej przez Johna. Sami powiedźcie, że nie często zdarza się, aby ktoś nagrywał prolog do płyty i do tego mówiony. Utwór, jeżeli można tą część tak w ogóle nazwać, ma bardzo filmowy charakter. Zdecydowaną górę biorą tutaj smyczki, które dozują emocje i tworzą doniosły klimat. Jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta kompozycja nie wnosi nic do płyty i niepotrzebnie zabiera miejsce innym kawałkom.

Następnie mamy do czynienia z dwoma piosenkami, odpowiednio: All My Heart oraz Something Special. Obie zbudowane są na podobnym schemacie: szybkie tempo, pstrykanie palcami, trochę trąbki, gitary i gotowe. Na uznanie zasługuje fakt, że tym razem John skupił się na swoim wokalu. W utworze Something Special dodatkowo w refrenie usłyszeć możemy kobiecy głos, który wprowadza gospelowy klimat. Na minus jednak zasługuje zbyt duży rozrzut stylistyczny między zwrotkami a refrenem, co jednak w całości ujmuje trochę finalnemu odbiorowi.

Kolejny na płycie jest utwór Lights Down. Mój osobisty faworyt. Tą piosenką John wraca do tego, co pokazał światu przy pierwszej płycie. Tu przewagę znowu mają smyczki, słychać w tle trąbkę. W pewnym momencie artysta ścisza głos nadając piosence charakterystycznego swingowego kształtu, co jest fajną odskocznią od dwóch poprzednich utworów, które bądź co bądź były do siebie bardzo podobne. Zaraz po niej na playliście możemy znaleźć pierwszy singiel promujący ten album, a mianowicie kawałek Come And Get It. I tu znowu należy się Johnowi plus za ten pełen energii, szybki utwór, w którym ujawnia nam w pełni swoją charakterystyczną, nosową barwę. Dodatkowo na pochwałę zasługuje refren zbudowany na jednym konkretnym zdaniu, a także gwizdanie i pstrykanie palcami. Podejrzewam, że to dlatego ta piosenka wpada w ucho i trudno o niej zapomnieć. Ubolewam nad faktem, że wspomniana kompozycja sukcesu Love Me Again nie powtórzyła.

Utwór Tiring Game to kwintesencja tego albumu. Jest inna w stosunku do reszty. Jest bardziej gospelowa, a John prezentuje nam swój warsztat wokalny, czasem nawet pokusi się o wokalizy. Mocną stroną kawałka jest Charlie Wilson, który wspomaga w tej piosence swojego młodszego kolegę po fachu. Ich głosy bardzo ładnie współgrają, czuć energię.

Niestety później jest… to samo. Znowu mamy powtórzenia. Jesteśmy w połowie albumu, a John serwuje nam te same schematy. Piosenki Never Give It Up, Give You My Love, Killing Me są kolokwialnie rzecz ujmując na jedno kopyto. Mocne wejścia na początku, te same instrumenty, dźwięczne czasem emocjonalne refreny, dużo chóru, gitar, trąbek. Słuchając tych utworów miałam ochotę krzyknąć: „John! Ale to już przecież było!”.

Dobrą odskocznią od wyżej wymienionych kawałków jest piosenka I’m Not Your Man, która jest spokojna. Zdecydowanie wolniejsza od pozostałych. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest to jedyna ballada na płycie. Jeśli chodzi o stronę instrumentalną to zdecydowana przewaga pianina, w drugiej części dominują smyczki. To właśnie na takie utwory czekałam. Na utwory, które będą się rozwijać, nie pokażą wszystkiego od samego początku. Tak samo było z piosenką We All Get Lonely, która zamyka podstawową wersję albumu Revolve. Jest pianino, jest chór, jest różnorodnie. Ten utwór również można podzielić na dwie części, z której ta druga jest zdecydowanie lepsza, ze względu na dominacje kontrabasu wraz z trąbką. Co prawda John w pewnych momentach ma nierówny wokal, a czasem nawet za bardzo krzyczy to i tak w finalnym rozrachunku całość prezentuje się całkiem nieźle.

Podsumowując nie jest źle, ale znowu bardzo dobrze też nie jest. Osoby, które tak jak ja czekały z utęsknieniem na powrót Johna mogą czuć się zawiedzione. Co prawda to jest ten sam John, który urzekł swoim debiutem, ale tym razem postawił na sprawdzone schematy, które po prostu powielił. Brak na płycie Revolve eksperymentów, które z takim głosem, jaki posiada Newman mogłyby okazać się strzałem w dziesiątkę. Słuchacze dostali zaś piosenki, które się zlewają. Są praktycznie takie same i trudno w nich szukać tego czegoś. Teksty też nie powalają – prawie każdy opowiada o miłości. Sprytne ucho wyłapie również mały zakres instrumentalny: pianino, trąbka, gitara, smyczki, perkusja. I tyle. W pewnych momentach słuchacz może również odnieść wrażenie, że obecność chóru, w co drugiej piosence nie jest potrzebna. Ba! Czasem nawet irytuje lub zraża słuchacza do danego utworu (tak jak było w moim przypadku). Tak samo z klaskaniem, gwizdaniem czy pstrykaniem palcami… Za dużo tego John.

Jeżeli chodzi o same plusy to też coś się znajdzie. Newman trafił w dziesiątkę z doborem singli. Wybrał z płyty to, co na pewno przypadnie do gustu większości. Pozytywnie zaskoczył mnie również z kolaboracją, która wypadła bardzo dobrze. Nie zawiódł też wokal, który jest jego wizytówką i za który pokochali go fani.

Płyta Revolve nie jest zła. Tak jak wspomniałam wyżej John postawił na sprawdzone przez siebie schematy. Odskoczył od albumu Tribute i zaprezentował nam trochę inną wizję swojej muzyki. Szkoda tylko, że tak podobną i do bólu jednolitą. Z całego serca mu życzę, żeby trzeci album był jeszcze czymś zupełnie innym. Pomimo tego, że krążek Revolve w całokształcie mi się podobał to nie brak tu widocznych potknięć. I ciągle czekam, żeby oczarował mnie tak samo jak za pierwszym razem.

Czytaj również