Twórczością Johna Mayera jakoś nigdy specjalnie się nie zachwycałam. Ot, gościu z miłym i delikatnym głosem, przygrywa sobie na gitarce. A niech tam sobie muzykuje. Na zdrówko! Wszystko jednak uległo wielkiej zmianie, gdy chcąc nie chcąc, pod wypływem znajomych, zaczęłam częściej go słuchać i odkrywać zupełnie na nowo.
Moje serce zdobyła szczególnie jedna piosenka (która pochodzi z płyty Continuum z 2006) w wersji z koncertowego wydania Where the Light is – Slow Dancing In A Burning Room – prawdziwe niebo dla fanów bluesowego grania. Wyjątkowo spodobały mi się również dwie ostatnie płyty: Battle Studies z 2009 roku oraz Born and Raised z 2012 (ta druga nie tylko za sprawą piosenki Something Like Olivia ;-) ).
W tym roku John Mayer, uhonorowany do tej pory 7 nagrodami Grammy i z dorobkiem 20 milionów sprzedanych egzemplarzy płyt, postanowił nie tracić czasu i wydał kolejny album, Paradise Valley. Ten krążek to mieszanka popu i bluesa, zawarta w jedenastu, melodyjnych i miłych dla ucha, piosenkach. Dźwięki gitary doskonale komponują się z aksamitnym głosem wokalisty. Właśnie na ten głos warto zwrócić uwagę, gdyż z pewnością nie wszyscy wiedzą, że Mayer miał z nim problemy w kwestii zdrowotnej. Po wyryciu ziarniaka w okolicy strun głosowych, muzyk musiał odwołać część swoich koncertów, przesunięto też premierę płyty Born and Raised. W końcu, po chorobie i operacji, głos Johna powrócił do świetności.
Paradise Valley to przyjemne, wakacyjne, lekkie wydawnictwo. Już pierwszy kawałek, jeden z najlepszych na płycie, Wildfire rzuca się w uszy. To przyjemny bluesowo-popowy kawałek, o którym niektórzy znawcy mówią nawet, że zahacza o elementy country. Kolejny wielki plus to Paper Doll – niezwykle udany, kolejny jeden z najlepszych, pierwszy singiel. Spokojny, refleksyjny, ubrany w ciekawą kompozycję. Jeszcze jednym kawałkiem, na który warto zwrócić uwagę jest I Will Be Found – fantastyczna kompozycja z dobrym tekstem. Moim najbardziej ulubionym numerem z płyty jest Who You Love – piosenka wykonywana przez Johna Mayera wraz z Katy Perry. Wszystkich zainteresowanych ploteczkami z życia gwiazd z pewnością zaciekawi fakt, iż John i Katty byli kiedyś parą. Tak, czy siak, piosenka zdecydowanie pretenduje do tytułu duetu roku – zwiewna, lekka, spokojna, pełna emocji, a dwa wokale – męski i kobiecy – doskonale się dopełniają. Nieco mniej udanym duetem wydaje mi się, kolejny na płycie, ten z Frankiem Oceanem, Wildfire. Ale może wynika to z mojego lekkiego uprzedzenia do głosu Franka…? Mimo wszystko, piosenka trwa trochę ponad minutę, więc „na upartego” da się ją jeszcze zdzierżyć.
Mimo że najnowsza płyta Johna Mayera jest całkiem przyjemna, to chyba jednak nie ma szans, żeby zawitała w mojej muzykotece na długo. Łatwe i statyczne melodie szybko się nudzą. Po kilkukrotnym wysłuchaniu płyty, zaczęłam odnosić wrażenie, że wszystkie kompozycje są do siebie jakoś dziwnie podobne. W dodatku, w porównaniu z poprzednimi albumami Mayera, ten wypada naprawdę dość słabo. Brakuje mi w niej jakiegoś pazura, który można było usłyszeć, podczas wcześniejszych dokonań muzyka. Być może te braki są spowodowane zmęczeniem materiału i pośpiechem (Paradise Valley ukazuje się niespełna półtora roku po swojej poprzedniczce). Wydaje się jednak, że taki artysta, jak John Mayer może sobie na to pozwolić. A jego świeżutki krążek znajdzie jeszcze wielu amatorów.

