W lipcu 2012 roku byłem w Warszawie na koncercie Red Hot Chili Peppers w ramach Impact Festival. Jako support występowali wtedy m.in Kasabian i Public Image Ltd. Na lotnisko Bemowo, miejsce imprezy, dotarliśmy ze znajomymi chwilę przed rozpoczęciem koncertu zespołu Johna Lydona. Ich nieco ponad 40 – minutowe show, w moim odczuciu, zostało stosunkowo średnio przyjęte przez widownię.
Zapewne stało się tak głównie dlatego, że publika przyjechała w większości dla Red Hotów i Kasabian, więc grupę lidera Sex Pistols potraktowano jako „obowiązkowy dodatek”. John nie był zadowolony z takiego obrotu spraw. Pamiętam, że w pewnym momencie krzyknął do publiczności Jesteście cholernie słabi! Był to dla mnie spory szok, ponieważ nigdy wcześniej i nigdy później nie spotkałem się z sytuacją, w której artysta tak bezczelnie i bezkompromisowo zwraca się do ludzi, którzy de facto płacą mu za występ. Lecz John Lydon to John Lydon – buntownik z krwi i kości. Założyciel pierwszego punkowego zespołu, który próbował wprowadzić anarchię w Wielkiej Brytanii i przepowiadał brak przyszłości dla młodych mieszkańców wysp. Całkiem niedawno na polskim rynku ukazała się nowa książka artysty.
Oceniane wydawnictwo nie jest pierwszą autobiografią muzyka. Już w 1993 roku John opublikował pozycję pt. Rotten: No Irish, No Blacks, No Dogs, jednakże ta nie została nigdy przetłumaczona na nasz rodzimy język.
Gdyby ktoś do tego momentu miał wątpliwości co do gniewnej i bezkompromisowej treści książki, John stawia sprawę jasno już w samej dedykacji. Zazwyczaj autorowie dziękują w niej swoim rodzinom za wsparcie, miłość itp., ale nie John. Pisze: Lydonowie. Nie mogę podziękować bliskim za karierę, bo zawdzięczam ją sobie, ale mogę pokłonić im się za to, że mnie wspierali. Dzięki. Generalnie rodzina muzyka nie zostaje w publikacji przedstawiona w nazwijmy to, pozytywnym świetle. Już na samym początku John wspomina pewną zasłyszaną od któregoś z krewnych historię, wedle której jego ojciec upuścił go z rąk na twardą podłogę, gdy był jeszcze niemowlakiem. Sami przyznacie, że nie jest to powód do dumy, a tym bardziej do dzielenia się z czytelnikami na całym świecie. Lecz dzięki tej bezpośredniości i częstym jechaniem po bandzie odbiorca książki wie jedno – Lydon nie wciska mu żadnego kitu i przedstawia fakty, a nie bajki. Jak w podtytule – bez cenzury.
Stara mantra głosi, że o zmarłych mówi się dobrze, albo wcale. Myślicie, że John się do niej stosuje? Oczywiście, że nie! Obrywa się między innymi Malcolmowi McLarenowi (zmarłemu w 2010 roku), który był promotorem raczkującej muzyki punk rockowej i menadżerem Sex Pistols. Stosunek Lydona do McLarena był znacząco „chłodny” i daleki od ideału, czego sam muzyk przez dziesiątki lat zupełnie nie ukrywał. Tutaj mamy do czynienia z pewną kontynuacją podglądową. Czytamy, że Malcolm nie rozumiał muzyki, otaczał się osobami płytkimi, bezwartościowymi, swoistym „towarzystwem wzajemnej adoracji”. W niektórych momentach mało subtelnie obchodzi się nawet z tematyką Sida Viciousa – swojego przyjaciela i przez pewien czas basisty Sex Pistols. Oczywiście podkreśla bliskie relacje jakie ich łączyły, ale też wyciąga pewnego rodzaju brudy. Wspomina wizyty w mieszkaniu Viciousów, w trakcie których matka Sida częstowała syna heroiną. Warto dodać, że Sid był wtedy nastolatkiem. Z bardziej humorystycznych wzmianek można odnotować tę, w której Lydon pisze, że Vicious, jakby nie patrzeć protoplasta wizerunku punka, inspirował się swoimi strojami magazynem „Vogue” (przy czym wyszydza sposób wymowy nazwy przez przyjaciela).
Autobiografia Lydona to też m.in. opis angielskiego środowiska robotniczego, z którego autor się wywodzi. Nie brakowało w nim syfu, wszechobecnej biedy, patologii i „braku przyszłości”, o której w późniejszych latach śpiewał John, już po przybraniu swojego scenicznego pseudonimu Johnny Rotten.
Ze spraw technicznych warto wspomnieć, że książkę przetłumaczył redaktor naczelny „Teraz Rocka” Wiesław Weiss. Nie ograniczył się on jedynie do samego przekładu. Pozycję uzupełnił o liczne przypisy, które pozwalają w łatwiejszy sposób przyswoić treść wydawnictwa. Wolałbym jednak, by adnotacje te znalazły się u dołu strony, a nie w nawiasach, gdyż zaburzały one nieco czytanie.
Książka Johna Lydona to jedna z najbardziej gniewnych autobiografii, jakie kiedykolwiek przeczytałem. No właśnie, tego gniewu jest tutaj naprawdę sporo. Może nawet za dużo. Po jej zakończeniu można odnieść wrażenie, że według Lydona dobre jest tylko to, co on uznaje za dobre. A wiem, że ten tok myślenia budzi wśród większości ludzi negatywne emocje. Lecz taki jest właśnie John. I to jego fanom oraz bardzo cierpliwym miłośnikom muzyki rockowej polecam tę książkę. Inni po przeczytaniu zaledwie kilkunastu stron mogliby z irytacją rzucić nią w kąt. Zresztą, fakt ten zupełnie nie wzruszyłby jej autora. We wstępie możemy przeczytać: Wiem cholernie dobrze, że ludzie, którym moja książka da najwięcej radości, to hejterzy, a każdy podtekst stanie się pożywką ich pogardy. W porządku. Niech i tak będzie. Każda osoba myśląca, nawet negatywnie, to jednak osoba myśląca!
W końcu gniew jest energią, prawda?



