John Legend – Love in the Future (2013), recenzja Kamila Gajdka

Od razu na wstępie zaznaczę, że nie jestem fanem Johna Legenda, aczkolwiek nie mogę mu odmówić kilku znakomitych utworów, które stworzył. Oprócz tego, że ma znakomity głos, kilka razy też pokazał, że potrafi tworzyć niebanalne kompozycje. To jego uderzenia w klawisze pianina możemy usłyszeć między innymi w genialnym utworze Lauryn Hill – Everything is Everything. Poza tym jego płyta Wake up! wydana w 2010 roku wraz z panami z The Roots ustawiła poprzeczkę tak wysoko, że wielce trudnym zadaniem było powtórzyć ten wyczyn.

Artysta działa zwykle we współpracy z Kanyem Westem i panowie pomagają sobie nawzajem czy to udzielając się gościnnie na swoich albumach, czy to produkując swoje utwory. John Legend ma dobrą pozycję w świecie muzyki, ma talent, tak naprawdę ma wiele walorów o których niektórzy mogą tylko pomarzyć. Nową produkcję zatytułowaną Love In the future zapowiadały dwa single: Who do you think we are z gościnnym udziałem sepleniącego Ricka Rossa oraz Made to love. Przypuszczam, że mnóstwo osób odsłuchując te kompozycje ostrzyło sobie apetyt na nową płytę. Tak… miałem podobnie. Przystawki przepyszne, danie główne bez smaku, ale po kolei.

John Legend – Made to love

Drugi singiel promujący to wydawnictwo jest dla mnie zaskoczeniem z racji pewnej wycieczki muzycznej. Słychać tutaj wyraźnie brzmienie Kanyego Westa i wychodzi to tej kompozycji na plus. Mimo, że tekst to właściwie powtarzane jak mantra jedno zdanie, to utwór urzeka. Magicznego klimatu dopełnia klip, którego nie powstydziłaby się sama Bjork, a Legend ucieka od soulu, funku w stronę lekko elektronicznego brzmienia z mocnymi bębnami. Bez wątpienia jest to największy plus tej płyty.

Co jednak otrzymujemy dalej? No właśnie… ciężka sprawa. Znając Johna Legenda oczekiwałem albo soulu i bujającego funku, do którego nóżka podskakuje samowolnie, a głowa się buja, albo zwiedziony singlem, podróży w stronę przyjemnej elektroniki i ciekawych aranżacji. Niestety strasznie się zawiodłem. Oczywiście, nie jest to tragiczna płyta i ma wiele zalet, ale słuchając jej mam ochotę ubrać spraną koszulkę, bez kolorów. Niby wszystko gra, jest przyjemnie, ale brakuje mi duszy! Nie ma ognia, który by rozpalił zmysły i sprawił, że jednego utworu będziemy słuchać na okrągło. Chciałbym w tym miejscu napisać, że koniecznie przesłuchaj drogi czytelniku utwór taki i taki i potem miałbym satysfakcję, że kogoś zaraziłem kawałkiem, a tu w sumie ciężko coś znaleźć. Może jeszcze Wanna be loved warto polecić, ale to raczej utwór na dobranoc.

Kolejna sprawa to teksty, nie oczekuję cudów w tego rodzaju muzyce, wiem, że większość zwrotek musi zawierać w sobie co najmniej trzy razy powtórzone słowo love, ale gdy cały utwór to jedno zdanie z tym słowem, które jest powtarzane w kółko to niestety znów czuję się rozczarowany. Może kluczem jest tytuł płyty? Love In the future, jednak jeżeli tak ma wyglądać miłość w przyszłości to ja chce wrócić do starego Johna Legenda, który interpretował, wykrzykiwał, uderzał w pianino. Tutaj tego nie doświadczymy. Miłym akcentem jest pojawienie się na płycie Seal’a.

John Legend feat. Seal – We Loved It

Jest to kompozycja, która podnosi moją ocenę tego albumu. Seal’a nie trzeba przedstawiać nikomu i właśnie mam wrażenie, że on swoim pojawieniem daje również impuls Legendowi, który nagle zamiast rozpaczliwie śpiewać wkłada w wykonanie emocje, serce i interpretacje. Do ciarek daleko, ale jest to świetny utwór, który mógłby zostać trzecim singlem i wtedy wszystkie atrybuty zostaną zaprezentowane na wstępie. Po kupnie płyty dużo więcej nie dostaniemy.

http://www.youtube.com/watch?v=J03Ti7DPhpU

Zawsze będę cenił Johna Legenda i ta płyta nie zmieni mojego zdania o nim. Jednak od takiego muzyka oczekuję dużo więcej niż przeciętnego albumu, który tak naprawdę wszystkie plusy sprzedał nam w dwóch singlach. Szkoda, naprawdę szkoda. Wierzę jednak, że John Legend jeszcze wielokrotnie nas zaskoczy świetną kompozycją i miejmy nadzieję płytą, która dorówna Wake Up! z 2010 roku.

john-legend-love-in-the-future-500x500

Czytaj również