JLS – Goodbye: The Greatest Hits (2013), recenzja Sergiusza Królaka

W momencie, kiedy wokalista, duet lub grupa muzyczna postanawia zawiesić lub zakończyć karierę muzyczną, często wydaje specjalny album kompilacyjny zawierający największe przeboje w jego dorobku. Nie inaczej jest przy okazji brytyjskiego boysbandu JLS, który po pięciu latach współpracy postanowił ogłosić rozpad. Przed zakończeniem wspólnej kariery, zespół wydał album pt. Goodbye – The Greatest Hits.

Album został wydany 18 listopada br. nakładem wytwórni RCA. Znalazły się na nim wszystkie single w dorobku zdobywców drugiego miejsca w piątej edycji brytyjskiego programu The X Factor (Jonathana Billa, Marvina Humesa, Astona Merrygolda i Oritsé’a Williamsa). Wydawnictwo promują dwa single – utwór Proud (pochodzący z płyty Evolution z 2012 roku) oraz Billion Lights (nieumieszczony na żadnym wcześniejszym krążku grupy). Pomysł na umieszczenie wszystkich singli w jednym miejscu okazał się strzałem w dziesiątce, bowiem pokazał całą pięcioletnią historię zespołu w dwunastu utworach.

Krążek rozpoczyna się trzema singlami promującymi debiutancką płytę grupy wydaną w 2009 roku-  JLS: Beat Again, Everybody in Love oraz One Shot. Każdy z nich utrzymany jest w klimacie muzyki popularnej i od razu nasuwa skojarzenia z boysbandami rodem z Wysp Brytyjskich (chociażby z reaktywowanym w 2011 roku zespołem Blue). O ile pierwsza piosenka od razu elektryzuje swoją dynamiką, pozostałe dwie są wtórne, przeciętne i nie zaciekawiają właściwie niczym.

Druga część płyty, składająca się z trzech singli promujących płytę Outta This World z 2010 roku (The Club Is Alive, Love You More oraz Eyes Wide Shut), okazuje się nieco lepsza od poprzedniej, udowadnia stopniowe dojrzewanie muzyczne członków zespołu. Każdy z utworów różni się od siebie stylistyką, przez co nie wprowadza na składankę monotonii. Pierwszy z nich na pewno spodoba się niewymagającym słuchaczom, bo idealnie pasuje do klimatów klubowych imprez (ze względu na głupią warstwę tekstową, „robot voice” oraz świetnie beaty w refrenie), drugi jest wzruszającą balladą zagraną na pianinie, a trzeci brzmi jak typowa boysbandowa papka przeznaczona do grania w radiach. Warto przypomnieć też, że ten ostatni został nagrany z gościnnym udziałem Tinie’ego Tempaha.

Oprócz rapera, na Goodbye... usłyszymy także amerykańską wokalistkę Dev. Piosenkarka zaśpiewała bowiem w chórkach rytmicznego, chociaż przewidywalnego i mało oryginalnego She Makes Me Wanna, pierwszego singla z trzeciego albumu JLS – Jukebox, nagranego i wydanego w 2011 roku. Na składance znalazły się też dwa inne utwory promujące wydawnictwo – Take a Chance on Me oraz Do You Feel What I Feel? Wszystkie trzy są piosenkami, mówiąc potocznie: „w sam raz na jeden raz” (podobnie jak cały album) – szybko wpadają w ucho, momentami porywają nawet nogi i biodra do tańca, jednak kilka sekund po odsłuchaniu kompletnie wylatują z pamięci. Najlepsze wrażenie spośród nich robi ostatni utwór, który nasuwa skojarzenia z oficjalnymi hymnami piłkarskimi, ma chwytliwy refren i jako jedyny wzbudza jakiekolwiek pozytywne emocje. Pozostałe dwa są, jednak równie dobrze mogłoby ich nie być, a słuchacz i tak nie poczułby różnicy.

Jeżeli o piłce nożnej i sporcie mowa, na płycie znalazł się, wspomniany wyżej, singiel Proud, pochodzący z czwartej płyty – Evolution. Piosenka oficjalnie promowała kampanię Sport Relief, jedno z największych brytyjskich wydarzeń telewizyjnych, w którym sportowcy, aktorzy i muzycy zbierają pieniądze dla najuboższych ludzi na całym świecie. Z utworu od samego początku bije ciepło głosów wokalistów, przyjemna linia melodyjna oraz pozytywny tekst. Drugą piosenką, pochodzącą z płyty wydanej przez boysband w październiku 2012 roku, został rhythm and bluesowy utwór Hottest Girl in the World, kojarzący się z twórczością Justina Timberlake’a z ery debiutanckiego albumu Justified (2002).

Album zamyka singiel Billion Lights, który jest jedynym nowym utworem spośród wszystkich dwunastu umieszczonych na Goodbye... Słuchajac go, nietrudno nie mieć wrażenia, że piosenka, pomimo swojej dynamiki, okazuje się naprawdę wtórna i bez wyrazu. Z drugiej zaś strony świetnie sprawdziłaby się na klubowych parkietach i może nawet podbije listy przebojów, ponieważ bije od niej pozytywna energia. Podobnie jak cała płyta, słucha się jej przyjemnie, jednak po jej przesłuchaniu zapomina się o niej i nieczęsto wraca.

„Pożegnalne” albumy kompilacyjne nagrywane mają to do siebie, że znajdują się na nich największe przeboje w dorobku danego artysty. W przypadku boysbandów często jednak bywa tak, że ów piosenki (często single) nagrywane są w przewidywalny, banalny sposób, nie wyróżniają się spośród materiału innych „męskich zespołów”. Efektem tego jest nieco monotonna, nudna składanka, która rzadko zaskakuje i jednorazowo zachwyca. Pomimo różnorodności polegającej na zmiennym tempie poszczególnych propozycji, całość nie należy do porywających. Cała przyjemność słuchania mija po 43 minutach, kiedy kończy się ostatni utwór. Mam nadzieję, że każdy z wokalistów zrobi niedługo karierę solową i nagra coś niebanalnego, a nie ulegnie modzie muzyki popularnej i nie stworzy kolejnej bezpłciowej papki, która zniknie z list przebojów szybciej, niż się tam pojawi.

jls goodbye

Czytaj również