1 kwietnia w krakowskim klubie Studio odbył się ostatni Live Act Mery Spolsky i z bólem muszę powiedzieć, że niestety to nie primaaprilisowy żart. Kraina Marysi, która chyba się zabije dzisiaj dobiegła końca, więc czas na małe podsumowanie.

Niedługo minie rok odkąd Mery zabrała nas w zupełnie nową, twórczą podróż. Tym razem artystka zmierzyła się ze światem literatury, wychodząc poza swój dotychczasowy świat muzyki. Książka „Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj” to nie tylko doznania słowne, ale również i wzrokowe, bo każda strona zaprojektowana jest perfekcyjnie i tutaj chylę za to czoła Tomkowi Kuczmie. O czym tak naprawdę jest książka? Gdy czytałem ją pierwszy raz była dla mnie formą pamiętnika – pamiętnika, w którym zapisuje się wszystko, nie ważne czy jest jawą, czy snem. Sama Mery przyznała, że jest to książka na podstawie różnych autobiograficznych refleksji, które nie powinny być odbierane jako autobiografia, więc możemy się domyślić, że niektóre wątki są po prostu podkoloryzowane. Jednak nie jest to absolutnie coś złego, ponieważ ten kto zna twórczość Spolsky wie jak dobrze Mery operuje słowem, jak potrafi się nim bawić i nadać czemuś zupełnie nowe znaczenie (Bigotka już nigdy nie będzie zwykłym ciastkiem). Książka udowadnia, że teza którą podałem w poprzednim zdaniu to fakt, a nie opinia i przekładają się na to sprzedane egzemplarze i tłumy fanów na spotkaniach autorskich.
Czarny świat Marysi był zdecydowanie za wielki, żeby skończyć tylko na książce, dlatego na streamingi wjechała piosenka promująca książkę. „Trapowe opowiadanie” nie jest jednak zwykłym singlem, ponieważ jest to muzycznie zaaranżowany jeden rozdział z książki i jest to totalnie coś z czym się nigdy nie spotkałem i w czym się totalnie zatraciłem. Nie zniechęciło mnie nawet to, że piosenka trwa 6 minut i 24 sekundy, a wręcz przez to jeszcze bardziej ją polubiłem, a nawet pokochałem, bo ten bit osobiście mogę uznać jako jedną z najlepszych piosenek 2021. Na „Trapowym opowiadaniu” się nie skończyło i 8 listopada ubiegłego roku mogliśmy usłyszeć aż dziesięć rozdziałów z książki przerobionych na piosenki, co więcej ukazał się specjalny audiobook, gdzie możemy usłyszeć sześć dodatkowych utworów nigdzie nie opublikowanych oraz teksty czytane przez Marię Peszek, Ewę Chodakowską, Margaret, Krzysztofa Zalewskiego, Macieja Maleńczuka oraz Ralpha Kaminskiego.
Ostatnim rozdziałem, który zamyka i podsumowuje nam te erę Spolsky są live akty. Gdyby ktoś pomyślał, że są to zwykłe koncerty promujące książkowe piosenki to jest w wielkim błędzie. Live Act to pełnowymiarowy performance, sztuka, która pozwala nam poczuć emocje tytułowej Marysi. Na pierwszym planie oczywiście jest śpiew i muszę powiedzieć, że na żywo teksty dają jeszcze większego kopa niż gdy słuchamy je na głośnikach. Zdecydowanie wspomnieć tu trzeba o wykonie piosenki „Najsmutniejsza dziewczyna roku”, przez który miałem ciarki i który doprowadził mnie do łez, ale żeby nie było to poza łzami był też taniec, śmiech i duuużo oklasków. Oprócz śpiewania Mery czytała fragmenty książki, tańczyła, grała aktorsko swoją rolę i wchodziła w interakcje z widownią. To wszystko w połączeniu ze światłami, scenografią i strojami dało wielki efekt WOW.
Gdy po ostatnim Live Akcie spotkałem Mery powiedziałem jej, że nie jedna gwiazda z „Holiłud” pozazdrościła by tej ery – tego, że jest przemyślana od a do z, tego, że czarny gra tu główną rolę, tego, że gdy widzimy czarną perukę i rąsię to wiemy co za chwilę się wydarzy. W Polsce coś takiego jest niecodziennym widokiem i to, że cały merch, stylistyka, teledyski, zdjęcia, książka składają się tak pięknie w jedną narracyjną całość sprawia, że nie chcę żeby Marysia się kończyła. Niektórzy nazwali by to totalnym absurdem (w sumie w mediach społecznościowych było trochę takich komentarzy pod postem z czterema literami), ale dla mnie to co zrobiła artystka było niesamowite. Podkreśleniem tego całego projektu mogą być również dwie nominacje do tegorocznych Fryderyków. Jednak też wielkie brawa należą się jej ekipie, a w szczególności No Echoesowi, który to wszystko spiął w muzyczną całość i który wraz z Mery występował na scenie. Teraz gdy jest już po wszystkim czuję (techno)smutek i jedyne co mogę zrobić to mieć nadzieję na to, że na regularnych już koncertach usłyszę jeszcze „Trapowe Opowiadanie”, „Dupę Lipę”, czy „Cekinową Bombę”, a tych których jeszcze kraina Marysi nie porwała zachęcam do kupienia książki, przeczytania jej, potem włączenia sobie audiobooka, dodania do swojej biblioteki utworów i żałowania, że przegapiło się tak cudowne występy jakimi były Live Akty.

