Site icon All About Music

Jessie Ware – Devotion (2012), recenzja Marty

Jessie Ware, o której mogliście przeczytać w naszej rubryce Rising Stars wydała swoją debiutancką płytę w sierpniu tego roku. Był to bardzo dobry debiut i na pewno nie można przejść obok niego obojętnie. Devotion to zbiór 11 kompozycji. I chciałoby się powiedzieć tylko 11… Ale jak na początek musimy się tym zadowolić.

Jessie Ware zaprezentowała nam swój najnowszy materiał, który odbiega od klasycznego kanonu muzyki pop. To wyjątkowe połączenie soulu, R&B, UK garage. To muzyka wyszukana, wysmakowana, jednak przy tym niezwykle zmysłowa i czarująca. Na swój sposób Jessie magnetyzuje nas swoim głosem i mnie osobiście urzekła i zaczarowała.

Za pracę nad dźwiękami odpowiadają m.in. Dave Okumu i Julio Bashmore, którzy na co dzień związani są z popem, rockiem a także brzmieniami elektronicznymi , ale również Kid Harpoon związany z folkiem i indie. Wydawać by się mogło, że połączenie takich stylizacji nie będzie miało racji bytu. Devotion jest doskonałym przykładem, że jest to możliwe a nawet więcej – daje to bardzo dobre rezultaty. Album nie jest szablonowy ani powtarzalny, jest zupełnie różny i świeży. Sama Ware przypomina mi nieco Florence and The Machine oraz Lanę del Rey (obie artystki wręcz ubóstwiam) i może dlatego również nowy krążek Jessie sprawił mi ogromną radość.

Jessie Ware już na samej okładce jawi się jako kobieta z klasą, wycięta niczym  z okładki ekskluzywnego magazynu. Brakuje jej tylko długiego papierosa takiego w stylu lat ’80. Utrzymana w czarno-białej kolorystyce okładka przyciąga i cieszy oko. I tę właśnie klasę pokazała również na krążku. Kompozycje nie są ciężkie, nudne i monotonne. Każdy utwór jest na swój sposób specyficzny a cały materiał spójny. Zaczynając od pierwszej piosenki nie możemy przestać słuchać. Brniemy przez 11 numerów zachwycając się ich subtelnością i delikatnością. By na końcu stwierdzić, że warto sięgnąć po niego kolejny raz.

Zaczynając od singli to kolejno pojawiały się Running, 110%, Wildest Moments i Night Light. I jest to wybór jak najbardziej odpowiedni. Wszystkie są na swój sposób różne. Running jest piosenką, w niektórych momentach bardziej mocną z mocnym brzmieniem i wokalem Jessie. 110 % to z kolei zabawa z brzmieniem elektronicznym i jest to numer, który najbardziej mi się podoba. Wildest Moments nie trzeba nikomu przedstawiać, gdyż już od dłuższego czasu gości na listach przebojów.

Oprócz singli warto również posłuchać tytułowego Devotion oraz Taking in Water. Ogólnie wśród tych 11 kompozycji nie ma żadnego, którego bym nie polecała. Fakt, faktem jest to tylko 11 numerów i dla niektórych może być to zbyt mało. Przyzwyczailiśmy się, że artyści zasypują nas krążkami zapełnionymi po brzegi. Jednak co z tego, jeżeli wszystkie są ta samą popową papką? Jessie zdecydowanie poszła w jakość a nie w ilość i chwała jej za to.

Najsłabiej na całym krążku wypadają teksty. Gdyż zwyczajnie są monotematyczne. W skrócie Jessie śpiewa o  relacjach damsko – męskich o miłości, zaufaniu, bierności mężczyzn o uczuciowym chaosie. Flegmatycznie, powtarzalnie i dennie. Aczkolwiek napisane z rozmachem i bogatym warsztatem. Niewątpliwie Ware potrafi dobrze pisać. Jeszcze tylko niech zmieni tematykę i będzie dobrze.

Podsumowują to mogę śmiało polecić ten krążek. To objawienie i  ratunek przed zalewającą nas falą popowych albumów. To coś dla wybrednych słuchaczy poszukujących oryginalności, nieszablonowości i wybicia się poza przeciętność. Devotion to dawka zmysłowej muzyki połączonej z magią głosu Angielki. Dzięki czemu nie chcemy kończyć słuchania. Chcemy więcej i więcej. Chcemy po prostu poczuć jej muzykę i zagłębić się w jej magię. O tak! Zaczaruj mnie kolejną swoją płytą, Jessie.

 

Jessie Ware na All About Music

Rising Stars: Kim jest Jessie Ware / Devotion – recenzja Zuzanny / Devotion – recenzja Marty

Exit mobile version