Jessie J – Alive (2013), recenzja Zuzanny Janickiej

Jessie J miała świetny start. Jej debiutancki singiel Do It Like a Dude stał się wielkim hitem. Album Who You Are znikał ze sklepowych półek. A ona sama przebiła się do pierwszej ligi popowych wokalistek. Teraz powraca z nową płytą. Alive, bo tak zatytułowane zostało to wydawnictwo, trafiło do sprzedaży i pewnie wiele osób zadawać będzie sobie pytanie – warto czy nie warto wydać na to tyle pieniędzy?

Debiutancki krążek Jessie J jest płytą naprawdę udaną. Ciekawą, niebanalną. Różnorodną, ale tworzącą bardzo dobrą całość. Artystka umieściła tam m.in. popowe I Need This, balladowe Big White Room, rhythm’and’bluesowe L.O.V.E, a nawet orkiestrowe Mama Knows Best. Jessie J jawiła się jako interesująca, nieszablonowa wokalistka. Do czasu. Coś zaczęło się psuć po podjęciu współpracy z Davidem Guettą (koszmarne Laserlight). Jessie J niestety szybko pokochała electropop. Zmieniła image na bardziej wyzywający. Ogoliła głowę. I niestety wraz z włosami straciła całą swoją niezwykłą osobowość. Być może fryzurą się wyróżnia i pokazuje, że odważna z niej kobieta (Rihanna, która miała na głowie chyba wszystkie kolory tęczy, nie ośmieliła się dotąd ściąć włosów), jednak muzycznie nie wychodzi poza szereg identycznych popowych piosenkarek.

Aby zacząć w miarę przyjemnie, skupię się na plusach Alive – czyli kilku piosenkach, które zrobiły na mnie w miarę dobre, pozytywne wrażenie. Takim numerem jest chociażby Square One. Piosenka, mimo wyrazistego bitu i gitarowych, ostrych brzmień (spokojnie, fani popu – Jessie J nie zmienia się w rockmenkę) należy do spokojniejszych. Mam również słabość do rhythm’and’bluesowego Daydreamin’, które kojarzy mi się z latami 90. Niesamowicie przyjemna kompozycja. Mniejszą sympatią darzę melodyjne, spokojne Harder We Fall, które jednak w pamięci na długo nie zostaje. Szybko przekonałam się do zadziornego Excuse My Rude. Utwór ten przypomina mi hit Jessie J z poprzedniego krążka – Do It Like a Dude. Wiadomo – te numery nie są jak dwie krople wody, ale dodają tyle samo pozytywnej energii. Udanym pomysłem było zaproszenie do Excuse My Rude raperki Becky G. Miło widzieć nową twarz w kobiecym rapie. Nudniej by było, gdyby Jessie J zabiegała o współpracę z pojawiającą się wszędzie Nicki Minaj. Po kilku tanecznych hitach wybawieniem jest emocjonalna, zagrana m.in. na pianinie ballada I Miss Her – piosenka, która choć na chwilę przywróciła moją wiarę w artystkę.

Ok, dość z tymi komplementami. Alive to w końcu krążek, która ma dużo na sumieniu. Jednym z jego grzechów jest niezbyt udany duet piosenkarki z wokalistką r&b – Brandy – zatytułowany Conquer the World. Nie piszę, że to złe, koszmarne nagranie, które należy omijać szerokim łukiem. To raczej kompozycja, której brakuje potencjału. Jednak cieszę się, że Jessie J zdecydowała się nagrać duet z zapomnianą ostatnio Brandy. Mimo to ich wspólnej piosenki nie widziałabym na albumie autorki What About Us?. A reszta utworów? Wskoczyć mogą do szuflady zatytułowanej „pop, electropop, dance i podobne gatunki wywołujące ból głowy”. Zaczyna się od singla It’s My Party, który, jak sama nazwa podpowiada, jest imprezowym kawałkiem. Typowy, mało ciekawy refren, irytujący wokal Jessie J oraz tekst nie wzbudziły mojej sympatii. Przyjemnie zaczyna się Thunder. Jednak prawdziwy (może właśnie ten tytułowy?) grzmot następuje w electropopowym refrenie. Załamuję ręce nad takimi utworami jak Sexy Lady (niesamowicie porywające), obiecującym, ale zniszczonym niepotrzebnymi komputerowymi obróbkami Breathe oraz singlowym, szybkim, ale nieco przyciężkim na radiowy przebój (będącym dodatkowo mało interesującą mieszanką dance popu i hip hopu) Wild. Nie jestem również fanką nieźle zaczynającego się, ale przechodzącego w bezsensowny taneczny kawałek Gold oraz nieco rhythm’and’bluesowego Alive, które z początku brzmi jak zagubiona piosenka z Who You Are, jednak wchodzące pod koniec komputerowe efekty bezlitośnie przypominają nam, że słuchamy drugiej płyty Jessie J.

Smutno patrzeć na to, co stało się z wokalistką. Z interesującej, wyróżniającej się z tłumu i podchodzącej z dystansem do swojej osoby (pamiętacie teledysk do Who’s Laughting Now?) Jessie J stała się kolejną artystką, która w pogoni za popularnością i chęcią przypodobania się masowym odbiorcom, postanowiła sięgnąć po dance i electropop. O ile po pierwszych dźwiękach Price Tag czy Do It Like a Dude od razu wiedziałam, kto dany przebój wykonuje, tak teraz po usłyszeniu w radiu It’s My Party czy Wild moja odpowiedź byłaby mniej więcej taka: Britney? Inna? A nie! To Jessie J. Przykre, ale prawdziwe.

jessie-j-alive-thatgrapejuice

Czytaj również