Jennifer Hudson – JHUD (2014), recenzja Łukasza Mantiuk

Oto Jennifer Hudson zaprezentowała światu swój trzeci studyjny album. Podobnie jak dwa poprzednie – zabrakło wielkiej promocji, jakiegoś wielkiego hitu i tej całej otoczki. No cóż, Jennifer jeszcze czeka na swój moment, my – fani – do których się zaliczam – cieszymy się, że chociaż owe albumy wydaje. Jaki zatem jest jej najnowszy krążek zatytułowany JHUD?

Na sam początek krótki rys historyczny. Debiutancki krążek Jennifer z 2008 roku przeszedł u mnie prawie niezauważony. Znam i lubię jedynie Spotlight. To jest piękny utwór, dobrze, że został chociaż trochę zauważony przez media. Potem, to jest trzy lata później, premierę miał album I Remember Me. Wielbię go od pierwszej do ostatniej piosenki. To bardzo niedoceniony krążek, zasługuje na dużo większą uwagę i rozgłos. Przepiękne ballady, kilka dynamicznych kawałków. I w końcu dobrnęliśmy do najnowszego dziecka Hudson – JHUD. Jest to niewątpliwie kontynuacja drogi, którą obrała sobie artystka, żadne tam wielkie szaleństwa czy eksperymenty.

Piosenkarka jednak niewątpliwie odeszła od lirycznej części swojej duszy i postawiła na dynamikę. JHUD to dziesięć utworów, z których tylko jeden to prawdziwa, soczysta i pełnoprawna ballada. Pozostałe dziewięć utworów to mieszanka dance’u, tanecznych klimatów z lat wcześniejszych (80-te i 90-te mówią: hello) plus trochę rnb i soulu. Jennifer wzięła wszystko, w czym czuje się dobrze (i w co dobrze wpasowuje się jej wybitny głos), wrzuciła do miksera i wypluła udaną mieszankę. To naprawdę znakomity album. Począwszy od zadziornego Dangerous kończąc na przepięknym Moan (wspomniana jedyna ballada, o której trochę później).

Utwory na tym albumie są skoczne, są zadziorne i z pazurem. Jennifer pokazuje kawał silnego głosu, słuchając jej piosenek czujemy jej radość z robienia tego, co robi. Mimo, że nie do końca każda kompozycja mówi o czymś zabawnym, czymś radosnym, to jednak jest na tym krążku taka pewność, stanowczość. Hudson wiedziała, co chce nagrać, co chce pokazać. Moim osobistym zdaniem nic nikomu udowadniać nie musiała, nawet cała czwórka gości zaproszona duetów dla mnie jest tu zbędna. Każdy utwór w którym mamy po kolei R. Kelly’ego, Iggy Azaleę, Timbalanda czy T.I. obronił by się z samą tylko i wyłącznie Jennifer. Szczególnie He Ain’t Goin’ Nowhere – Iggy Azalea jest tutaj ewidentnie doklejona w ostatniej chwili, na fali popularności jej nazwiska.

Po raz kolejny jestem pewien, że ten album przejdzie bez echa. Tylko najwytrwalsi fani do niego dotrą i się nim zachwycą. A wielka szkoda, bo to dzieło – choć nie jakoś strasznie wymagające – pełne jest piosenek, które mogłyby być przebojami. Moim zdecydowanym faworytem jest I Still Love You. To znakomity utwór. Wyróżnia się również Say It czy wspomniane już He Ain’t Goin’ Nowhere. Słucha się ich z przyjemnością. Tu wszystko stoi na wysokim poziomie – produkcja, muzyka, wokal, teksty.

Na koniec albumu, Jennifer Hudson dodała przepiękną balladę Moan. I mimo, że miała w swojej karierze lepsze, to jednak cieszę się, że i takiego utworu nie zabrakło na tym albumie. Bądź co bądź, głos Jennifer to to, co powinno błyszczeć na pierwszym planie. I tak jest – i w tej balladzie, i w każdym innym kawałku. Hudson jest na tyle utalentowana, że czy to w balladzie, czy dynamicznej piosence – słychać, że ma kawał głosu.

JHUD to jeden z lepszych albumów tego roku. Smuci mnie fakt, że wielu ludzi w ogóle go nie zauważy, mało kto przesłucha. Ja Wam mówię – włączcie Spotify czy inne darmowe programy streamingowe i przesłuchajcie (a potem możecie iść do sklepów, jak się spodoba – a zapewniam, że jeśli lubicie takie klimaty – to się spodoba). Naprawdę warto, to kawał porządnej, rozgrzewającej muzyki.

Jennifer Hudson - JHUD

Czytaj również