Trudno w to uwierzyć, ale sobotni występ Dido w Poznaniu był jej pierwszym koncertem w naszym kraju. I chociaż największy moment jej popularności dawno za nią, to miło było wrócić do jej największych hitów.
Dido to wokalistka, której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Swego czasu wszystkie jej single grane były namiętnie przez polskie stacje radiowe, a teledyski puszczane na Viva Polska. Ostatnimi czasy trochę o niej przycichło, jednak wydany w tym roku album Still On My Mind przypomniał o jej wielkim, charyzmatycznym wokalu. Z tej również okazji wyruszyła w światową trasę koncertową, przyjeżdżając również po raz pierwszy do Polski.
Na setliście znalazły się oczywiście kawałki z nowej płyty, ale nie ukrywajmy, że największy szał zrobiły jej największe przeboje sprzed kilkunastu lat. Wymienić tu należy chociażby Hunter, No Freedom czy White Flag. To przy nich publiczność bawiła się najlepiej, nieczęsto śpiewając je całymi zwrotkami. Sama Dido momentami była wielce zaskoczona odzewem z naszej strony, gdy pozwalała nam samemu śpiewać refreny. Myślę, że była również podekscytowana, że jest u nas tak bardzo popularna. Że po tylu latach wciąż jej słuchamy i znamy jej piosenki.
Dido dała się również poznać jako „zwykła” osoba. Z miłą chęcią pomiędzy piosenkami opowiadała różne historie o piosenkach, które śpiewała. Było to bardzo naturalne, nie opowiadała tego maszynowo i pompatycznie. Z uśmiechem na twarzy płynnie przechodziła do każdej piosenki, często przy tym żartując i wywołując u nas również uśmiech.
Dido zapowiedziała również, że wróci do naszego kraju najszybciej jak się da. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli czekać kolejnych wielu lat na jej występ. Nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć – DO ZOBACZENIA.


