
Czym byłoby lato bez koncertów i festiwali? Na to pytanie próbowaliśmy sobie odpowiedzieć przez ostatnie dwa lata. Często pozostawało ono bez odpowiedzi, bo człowieka łapał od razu smutek i rozgoryczenie zarazem. Na szczęście zły czas minął, a my w pełni możemy cieszyć się z letnich wędrówek. Był Orange, Tauron, Open’er a teraz Off. Przed nami jeszcze kilka mniejszych i większych.
Z Katowicami i okolicami nigdy nie było mi specjalnie po drodze. Pięć i pół godzinna podróż pociągiem jest bardzo męcząca i z tego też powodu byłem w nich tylko dwukrotnie: raz na Tauron Nowa Muzyka i raz na Fest Festival. Trzeba jednak przyznać, że atmosfera panująca na tych eventach wiele mi wynagrodziła. W tym roku jadąc do Katowic po raz trzeci chciałem pierwszy raz przeżyć Off Festival. I tym razem się nie zawiodłem.
To co na Offie mnie urzekło to bardzo dobrze skumulowane miasteczko połączone ze scenami muzycznymi. W szybki i prosty sposób można przemieścić się ze sceny na scenę, a i dobrze zjeść i wypić w międzyczasie. Dzięki temu nie marnujemy czasu na długie wycieczki kosztem koncertów i możemy dłużej dobrze się bawić. Off to także festiwal dla konkretnego słuchacza, który przyjeżdża tu dla dobrej muzyki, często odkrywając nowe brzmienia. Przyjeżdząją na niego osoby o ugruntowanym już guście muzycznym, którego chcą poszerzyć. Raczej nie ma tu lansu i niepotrzebnego, sztucznego blichtru, który widzimy na „miejskich” festiwalach. Festiwal ten to także bogata paleta brzmień i tak naprawdę każdy znajdzie tu coś dla siebie. Była muzyka o tematyce chrześcijańskiej, dzikie electro i house, muzyka alternatywna, kończąc na ostrych brzmieniach, ale i popowym Papa Dance. Wielki misz masz pokazujący bogactwo kulturowe całego świata.
Cieszę się, że w moim życiu udało mi się koncertowo zobaczyć jeszcze Iggy Popa. Ten wielki artysta bywa w naszym kraju niezwykle rzadko, a jego koncerty to zawsze bogactwo dźwięków i charyzma samego muzyka. Któż by się spodziewał, że w wieku 75 lat jest w stanie być jeszcze bogiem sceny i w płynnej formie przechodzić z piosenki na piosenkę. Niejeden artysta młodszy o 40 lat powinien zazdrościć mu takiej formy! Zdecydowanie warto było przebyć tyle kilometrów na jego niesamowity występ, który trzeba przyznać że nie udałby się na pewno bez świetnych muzyków. Zupełnie euforycznie byłem też nastawiony na koncert Charlotte Adigery i Bolisa Pupula, których płytę w całości przesłuchałem przed pojechaniem na festiwal. Ich elektroniczno-house’owo-eksperymentalne muzyczne show to z jednej strony dobra muzyczna zabawa do tańca i poruszania się, a z drugiej niezwykle magnetyczny głos Charlotte który jest tu wartością dodaną. Zapytacie jak było na Metronomy? Choć ten zespół widziałem już po raz czwarty to z każdym kolejnym razem jestem do nich jeszcze lepiej nastawiony. Ich muzyka jest wprost idealna na festiwalowe szaleństwo podczas którego człowiek chciałby się świetnie bawić. Ten vibe przydałby się wielu innym muzykom, o których tutaj nie wspomnę.
Nieodłączną częścią każdego większego szanującego się festiwalu w Polsce są raperzy i producenci. Chciałbym tu szczególnie wspomnieć o Mura Masie, który naprawdę dał radę. Cieszę się, że do Polski zabrał wokalistkę, która śpiewała na żywo, a wokale nie musiały być puszczane z taśmy. Szanuję takich producentów, którzy tworzą wartość dodaną, a ich występy nie są tylko DJ setami. Z rapsów podobał mi się szczególnie Ghetts z Wielkiej Brytanii, który powinien być wzorem dla wszystkich pseudo raperów puszczających połowę wersów z nagrania. On potrafił wszystko wyrecytować na żywo i wychodziło mu to naprawdę dobrze.
O artystach mógłbym tu jeszcze wiele napisać, ale uważam, że całego klimatu festiwalu po prostu nie da się opisać, a każdy akapit jest tylko częścią, którą możnaby rozwijać w nieskończoność. Jednego jestem jednak pewny – magia Off Festivalu udzieliła się i mi. Na pewno tu wrócę, może nawet za rok?


