Jason Mraz – YES! (2014), recenzja Marty Mrowiec

To słowo jest startem dla kreatywności, pozwala jej się pojawić. »Tak« oznacza też miłość. Daje nam życie. Wszyscy jesteśmy tutaj, bo kiedyś dwie osoby powiedziały »Tak« – tak o tytule swojej najnowszej płyty mówi artysta. Prace nad albumem artysta rozpoczął niedługo po tym, jak zakończył trasę promującą krążek Love Is A Four Letter Word. W efekcie czego otrzymaliśmy 14 nowych kompozycji. Czy tym krążkiem artysta usłyszy Tak od swoich słuchaczy?

Jason Mraz to artysta, który już niczego nie musi udowadniać. Jego pierwszy długogrający, debiutancki album (wcześniej wypuścił kilka epek) z 2002 roku Waiting for My Rocket to Come w USA pokrył się platyną. Apogeum popularności przyniosła mu trzecia płyta  zatytułowana We Sing. We Dance. We Steal Things. Singiel I’m Yours nie schodził z listy Billboard Hot 100 przez 76 tygodni, ustanawiając ówczesny rekord. W USA wyprzedawał największe sale koncertowe, otrzymał dwie nagrody Grammy i kilka innych wyróżnień.

Jason Mraz to artysta, który w głównej mierze tworzy lekkie kompozycje utrzymane w pop-folkowym stylu. Tak więc nie trafi tym albumem do osób szukających oryginalności w muzyce, eksperymentów czy nowych brzmień. Na pewno trafi do wrażliwców szukających subtelnych dźwięków oraz nieco melancholii i spokoju. I chociaż warstwa liryczna nie jest najwyższych lotów to akustyczne aranżacje nadają uroku tym kompozycjom i sprawiają, że album jest przyjemny w odbiorze i idealnie nadaje się na letnie wieczory. Jak mogliśmy przeczytać w materiałach prasowych:

O brzmienie zadbali Mraz oraz Mike Mogis (Bright Eyes, First Aid Kit, Rilo Kiley). Piosenki nagrywano w Omaha oraz w Oceanside, w Kalifornii. Jason wykorzystał w studiu między innymi wiolonczelę, sitar oraz wiele starych gitar. Oprócz miłości Mraz porusza też takie tematy jak wiara, uzdrawianie, spokój wewnętrzny oraz dbanie o środowisko naturalne.

Tak jak zapewniał artysta, nowa płyta to zbiór, w głównej mierze, akustycznych kompozycji, jednak nie brakuje na niej kilku popowych melodii, dzięki temu krążek nie nuży. Mraz nie zmienia tutaj swojego stylu, jaki obrał na poprzednich płytach. Jest tym samym uroczym panem z gitarą, który tworzy miłe dla ucha kompozycje. Oprócz gitary usłyszymy na nowym krążku również dźwięki wiolonczeli, ukulele, pianina, mandoliny czy bandżo.

Jason Mraz to niepoprawny optymista czego odzwierciedlenie znajdujemy w testach. W Hello, You Beautiful Thing artysta śpiewa:

And I know, I know, it’s gonna be a good day/ Hello, hello, you beautiful thing.

Z kolei w wieńczącym krążek utworze tytule Shine padają takie słowa:

And if you forget we are the chosen ones/Turn your eyes to the attention of the morning sun/Wherever you go, however you move/The light is gonna shine directly to you.

Akustyczne nieco folkowe granie czasami ociera się trochę o stylistykę country – Long Drive. Kawałek jest początkowo bardzo spokojny, jednak potem nabiera tempa. Uroku nadaje mu tamburyn słyszany w tle oraz chórki. Swoje możliwości wokalne Jason pokazuje m.in. w Quiet, gdzie wchodzi na wysokie rejestry. W większości numery są bardzo stonowane i wyciszone, okraszone delikatną, poetycką otoczką, jednak Mraz potrafi się też wyluzować. Przykładem tego jest bardziej popowe Back to the Earth z ciekawy pogwizdywaniem na początku oraz odgłosami koguta. Na albumie artysta sięgnął również po klasyk R’n’B nagrany w latach 70. przez artystę związanego z Motown, G.C. Camerona, It’s So Hard to Say Goodbye to Yesterday. Mraz pokazał w nim swoją wrażliwość i emocjonalność. Dalej dostajemy nieco żywsze 3 Things, w którym prym wiedzie gitara. Ciekawie wkomponowały się chórki, które wzbogaciły kompozycję.

Tak więc Jason Mraz zabiera nas w przyjemną podróż po swoim optymistycznym świecie. Miejscami kołysze nas w rytm swoich ballad, w których czuje się najlepiej. Album z pewnością idealnie pasuje na lekkie, letnie wieczory.

jason mraz Yes!

Czytaj również