Jamie T – Trick (2016), Recenzja Karoliny Mrowiec

0
146

Początkiem miesiąca na rynku pojawiła się nowa, czwarta już w dorobku londyńskiego artysty Jamiego T płyta zatytułowana Trick. Podobnie do poprzednich dokonań muzyka na krążku znajdziemy dwanaście indie-rockowych kompozycji, a dokładniej mieszanki gitarowego rocka, agresywnego rapu i melodyjnego, wpadającego w ucho wokalu.

Wszystko do czego przyzwyczaił nas od momentu swojego debiutu Jamie Treays pojawia się na płycie w niezmienionej formie. Fani nauczeni i przywiązani do jego specyficznej maniery nie poczują się zawiedzeni. Ci, którzy chcieli usłyszeć nowość od zadziornego chłopaka z Wimbledonu otrzymają miłą- jakkolwiek miłym ten gatunek muzyczny można określić- kombinację instrumentów, słów i melodii.

Czy Trick jest w stanie jednak przekonać nowych słuchaczy i pozyskać dla muzyka większe grono fanów? Nie jestem do końca przekonana. Wszystko na tym albumie jest zbyt chaotyczne i niespójne, choć skomplikowane kompozycje Jamiego T to jego znak rozpoznawczy. Płyta składa się z hałaśliwych uderzeń w gitarę i buntowniczych haseł przeplecionych śpiewem, recytacją i szorstkim rapem. Muzyk daje popis wokalny przy spokojniejszych kompozycjach, gdzieniegdzie tą sztukę zarzuca na rzecz krzyków i zmodyfikowanych elektronicznie wyrażeń jak w Police Tapes.

Crossfire Love czy Tinfoil Boy nie będą utworami, które z przyjemnością zaśpiewamy na koncercie wraz z wokalistą. Potrafi on być jednak jeszcze melancholijny, zdumiewając wolnymi i nasyconymi emocjonalnie Self Esteem bądź Sign of the Times.

Dragon Bones, Joan of Arc, Power Over Men to moim zdaniem najlepsze utwory, które znalazły się na tej płycie. Lekkie dla ucha i niemęczące- a takie odczucie można niestety mieć po odsłuchu całego krążka. Kilkukrotne przewinięcie płyty skutkuje przywyknięciem do specyficznego środku wyrazu artysty. Melodyjna gitara pobrzmiewa w tle, na pierwszym planie rytmiczne uderzenia w perkusję. Choć być może jestem zbyt wymagająca, a zamiast spokoju powinnam cenić indywidualne podejście do piosenki. Osobisty wybór pozostawiam słuchaczowi.

Zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu wcześniejsze albumy Jamiego. Być może fenomen rapującego rockmana z brytyjskich klubów sprawdził się jako świeżość na rynku muzycznym, zapełnionym rockowymi zespołami z pięknymi chłopcami, za którymi szaleją rzesze fanek.

Jamie T jest inny, jest muzykiem indywidualistą, niszowym produktem ubocznym angielskiej sceny alternatywnej. Nazwany jednoosobowym Arctic Monkeys artysta nie płynie z prądem i robi to, co mu w duszy gra- czy nam się to podoba czy nie. A jego kalendarz koncertowy na najbliższy sezon i tak wypełniony jest występami na wskroś Wielkiej Brytanii.