James Morrison – Higher Than Here (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Jak zapewne wiecie lubię spokojne brzmienia, lecz jednocześnie nienawidzę monotonii i nudy. W większości tego typu wydawnictw równowaga jest zachwiana – oczywiście w tą negatywną stronę. Twórczość Jamesa Morrisona (tak tego Brytyjczyka, który dawno temu śpiewał z Nelly Furtado kawałek Broken Strings) zaliczam właśnie do tej kategorii. Z każdą nową płytą mam wrażenie, że gdzieś to kiedyś słyszałam aczkolwiek nie mam serca tego zjechać, gdyż jakość nagrań jest wręcz brawurowa. O ile moje oczekiwania wobec na przykład takiej Adele rosną, o tyle tutaj mam problem.

Higher Than Here to kolejne strony w przedłużającym się rozdziale książki pod tytułem James Morrison. Wspomniana lektura okazała się bestsellerem, więc nic dziwnego, że autor postanowił dopisać parę stron i wydać ją ponownie w postaci tegoż wydawnictwa. Podobnie jak to w książkach bywa, tutaj też mamy monotonną, lecz wciąż bardzo dobrą fabułę, z której chcemy czerpać garściami. Nie brakuje jednak kilku zaskoczeń i zwrotów akcji… To właściwie był mój pierwszy wniosek po przesłuchaniu całości. Włączałam wielokrotnie ten album i właściwie za każdym razem brak jakichkolwiek myśli, prócz takiej, że ponownie to już gdzieś słyszałam. Chociaż w jakimś stopniu.

Mamy dość oryginalny głos artysty, który sprawdza się i w balladach (większość albumu, ale co się dziwić) i w bardzo komercyjnych numerach. Sądzę, że odnalazłby się też w jazzie, soulu czy nawet rocku. Mało który wokalista mógłby sobie pozwolić na taką uniwersalność – i mówię tutaj tylko i wyłącznie o jego możliwościach. A sam Morrison? Po prostu jest, robi swoje. W sposób nadal interesujący, przyciągający uwagę słuchacza. Przychodzą mi tutaj na myśli trzy słowa: brawura, zabawa i stabilność. Powoli będę tłumaczyć, co każde z nich oznacza.

Brawura

Mimo poczucia monotonności jest kilka niepasujących do siebie utworów. Jednym z nich jest energetyczne Right Here, które co prawda przypomina wcześniejsze dokonania artysty, ale tylko ciut. Dzięki genialnemu wstępowi z wykorzystaniem gitary, perkusji, chórku, a przede wszystkim samego Morrisona nie mogę narzekać na nudę. Ciągle mi siedzi w głowie i coś czuję, że się go tak łatwo z niej nie pozbędę. Heaven To A Fool z kolei przypomniała mi Seala i Stinga z lat 90’s. Ten kawałek pozwolił mi zrozumieć, dlaczego na materiałach promocyjnych Brytyjczyk owiany jest mgłą. Klimat tego numeru pozwolił mi sobie to wyobrazić na nowo. Reach Out z kolei ma zadatki na to, by stać się drugim You Give Me Something – przypomnijmy, że to ten utwór, długo przed Broken Strings dał wokaliście popularność na terenie Wielkiej Brytanii, a my mogliśmy go usłyszeć kiedyś w reklamie… lodów, bo był tam wykorzystywany.




Zabawa

Trochę ożywienia przynoszą też między innymi dwa utwory. Już po pierwszych dźwiękach Easy Love jest pierwsze zdziwienie, gdyż strasznie przypomina to twórczość Rudimentalu… chociaż brytyjscy DJ-e z tym numerem nie mają nic wspólnego. No może, oprócz inspiracji. W sumie, jeżeli obydwie strony by się zgodziły na współpracę, to mogłoby wyjść coś fajnego. Przykład już mamy – numer, przy którym można się pobujać. Trochę funku wprowadza nam następna kompozycja, I Need You Tonight. Utwór płynny, lecz trochę rozczarowujący w dalszej części jego trwania.



Stabilność

To jest właśnie to, co nam Brytyjczyk serwuje od trzech albumów, czyli obecne także na 3/4 omawianego krążka ballady. Biorąc pod uwagę fakt, że przy wszystkich kompozycjach pracował Morrison, jestem w stanie to zrozumieć – w końcu ten sam, niezmienny gust muzyczny, swoją drogą bardzo dobry, aczkolwiek… no właśnie (ile można?). Najlepiej czuje się w takim repertuarze, więc proszę bardzo. O ile wyżej wymienione utwory w jakiś sposób mnie zaciekawiły, o tyle pozostała część albumu w pewnym sensie przynudza. Tak, dostajemy to samo co w poprzednich rozdaniach. Morrisona wielbię tak samo jak Adele… dobra Adelkę trochę mniej ;) Ale i w jednym i drugim wypadku oczekiwałam nowego otwarcia – czegoś, co pozwoli mi zrozumieć, dlaczego kocham słuchać ich głosów. Znaleźć ponownie też odpowiedź na pytania typu: Dlaczego pokochałam kiedyś te utwory? I czy tą miłość mogę przenieść na trochę świeższy grunt? Nietrudno o skojarzenia ze starszymi kawałkami, ale zdziwiło mnie, że przy odsłuchu Just Like A Child sięgnęłam pamięcią do… P!nk i jej Beam Me Up z płyty The Truth About Love. Może to przez klimat stworzony przez jego pierwsze nuty?




Ale przynajmniej tytułowe Higher Than Here jest przyjemnym pożegnaniem. Takim zapowiadającym ciąg dalszy. I tego życzę artyście – rozwoju, by jednocześnie nie zapominał, kim jest. By na następnej płycie zaprezentował siebie w takiej formie zachęcającej dla nowych słuchaczy i jednocześnie nieodpychającej fanów. To trudne zadanie, lecz wierzę, że jemu się to uda. Nieustannie będę na to czekać. Jeżeli chodzi o to wydawnictwo – jest to dobra płyta, ale jak to się mówi, apetyt rośnie w miarę jedzenia… a ja chyba się już przejadłam.

Post Scriptum, czyli co nieco o deluxe :)

W sumie nie wiem dlaczego to piszę… Może dlatego, że przez przypadek wstawiono właśnie tą wersję okładki :D
Albo może dlatego, że jak to zazwyczaj bywa przy tego typu wydawnictwach na nich znajdują się rarytasy. W tym miejscu chcę zadać podstawowe pytanie: dlaczego się tak dzieje, że tracę te parędziesiąt minut swojego życia na te parę, na które czekałam od początku?! ;( Bo czekałam na zmianę i w tych numerach je otrzymałam. Może to nie jest mistrzostwo świata, ale to jakiś próba dokonania zmian. Znów nasuwają mi się skojarzenia na przykład takiego Naked With You z dokonaniami Amy McDonald przy okazji jej This Is The Life. Ostatni track, Lonely People, powstały we współpracy z iLL BLU to z kolei mały ukłon w stronę muzyki tanecznej. Tak, na wszelki wypadek jakbym próbowała wyobrazić sobie go w drastycznie innej bajce. Dobry pomysł na zaskakujący singiel. Jak zauważyliście, celowo nie wspomniałam o In The Shadow Of A Dream, bo nie ma o czym mówić. Śmiało ten numer można przyrównać do dotychczasowej dyskografii artysty.

Czytaj również