James Bay – Chaos and the Calm (2015), recenzja Piotra Krajewskiego

Debiutanci łatwej drogi nie mają. Tym bardziej, jeżeli obsypywani są nagrodami na długo przed wydaniem swojego pierwszego krążka. James Bay należy właśnie do tego grona. Brytyjczyk to tegoroczny zwycięzca prestiżowej nagrody Brits Critics’ Choice Award, przyznawanej największym debiutującym talentom muzycznym. Okrzyknięcie tego młodego artysty jako the next big thing in 2015 sprawia, że spoczywa na nim nie lada presja. Z doświadczenia wiadomo, że bywa z nią różnie – raz pomaga, innym razem działa jak hamulec ręczny. Jak więc podziałał ten duży kredyt zaufania na chłopaka w kapeluszu? Pora się przekonać.

Na album ten czekałem naprawdę od dawna. Samego artystę poznałem już na początku roku 2014, czyli na długo przed jego rosnącą popularnością. Przez kolejne miesiące, Brytyjczyk pokazywał się stale z dobrej strony, publikując sukcesywnie, krok po kroku – kolejne (i niezwykle udane) przedsmaki nadchodzącego debiutu. Dzięki temu wraz z upływem czasu, zdałem sobie sprawę, w jakim muzycznym kierunku, chce i będzie podążał James. Wiedziałem dokładnie czego mogę się spodziewać. Nie zawiodłem się, pełen zachwytu jednak też nie jestem.

null

Chaos and the Calm otwiera blisko 4-minutowa kompozycja Craving, dla której pozycja numer jeden na albumowej trackliście, nie jest na pewno dziełem przypadku. Bez wątpienia, piosenka może zainteresować każdego potencjalnego słuchacza na tyle, aby miał ochotę przesłuchać również resztę krążka. Album ten to przede wszystkim ukłon w stronę klasycznego rockowego brzmienia, w którym pierwsze skrzypce, nieprzypadkowo grać ma gitara – instrument bliski Jamesowi od jego najmłodszych lat.

Młody Brytyjczyk nie skupił się jednak na muzyce tylko i wyłącznie w jednym klimacie. Słychać to w utworze Hold Back The River – najważniejszym dotąd singlu promującym album. Nie da się nie usłyszeć tutaj dźwięków inspirowanych indie popem czy romantycznym folkiem. Pewne jest jedno, piosenka zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem i słucha jej się z wielką przyjemnością. Piszę całkiem serio, a moje słowa obrazuje obecna pozycja singla w Wielkiej Brytanii. Choć od premiery minęły już cztery miesiące, utwór dotarł właśnie do 4. miejsca UK Singles Chart i nadal rośnie w siłę. Da się odczuć, że muzyka folkowa jest bliska Jamesowi. Scars tylko utwierdza w tym przekonaniu. To prawdziwy utwór-niespodzianka. Od spokojnych i delikatnych (typowo folkowych) dźwięków w zwrotkach, po wyrazisty, dużo mocniejszy refren w stylu nieco rockowym.

 

Mocnym punktem albumu są niewątpliwie ballady. Let It Go to kompozycja spokojna, pełna pięknych i nastrojowych dźwięków gitary, nieco przygnębiająca. Uczucie nostalgii jest więc gwarantowane. Utwór nie byłby jednak tak dobry, gdyby nie wokal Jamesa – magnetyzujący i przyciągający słuchacza swoim emocjonalnym ładunkiem. Delikatne i ciepłe bluesowe Move Together charakteryzuje prostota, nie usłyszymy tu więc produkcji zapierającej dech w piersiach. Tylko czysty, przyjemnie ochrypły głos Baya oraz jego gitara. Tyle wystarczyło, aby powstał dobry utwór.

Brytyjczyk podkreślał w wielu wywiadach, że inspirują go również silne, rockowe brzmienia. Nie dziwi więc fakt, znalezienia się na płycie chociażby utworu Best Fake Smile – różniącego się bardzo od reszty dzieł Jamesa. To mocny, wyrazisty dźwiękowo kawałek, który ma niewątpliwie ogromne szanse na zostanie kolejnym singlem. Wystarczy jeszcze tylko dobry wideoklip i hit murowany. Collide to kolejny i chyba najmocniejszy rockowy akcent na Chaos and the Calm. Oczywiście nie ma mowy o czystym rockowym brzmieniu, James Bay bawi się tutaj zarówno popem, rockiem, jak i funkiem. Piosenka wpasowała się dobrze w atmosferę albumu, będąc (wraz z wcześniejszym Best Fake Smile) udanym przerywnikiem pomiędzy spokojniejszą częścią krążka.

Trudno wybrać utwór, który zrobił na mnie największe wrażenie. Jeżeli już naprawdę muszę wybierać, pierwszy do głowy przychodzi mi kawałek – If You Ever Want To Be In Love. To kwintesencja stylu muzycznego, jaki obrał sobie James Bay i w którym czuje się zdecydowanie najlepiej. Mowa o klasycznym rockowym brzmieniu rodem z lat siedemdziesiątych. Młody wokalista krąży pomiędzy dźwiękami inspirowanymi muzyką Roda Stewarta czy Bruce’a Springsteena. W kawałku numer cztery albumowej tracklisty, największe wrażenie robi barwny refren, gdzie James daje ponieść się muzyce i brzmi nieco nieokrzesanie. Dzieło kompletuje udane połączenie gitary i pianina, mogące porwać niewątpliwie niejednego słuchacza.

Przyszedł jednak czas na słowa mniej pochlebne. Tworząc tę recenzję, nie mogę nie wspomnieć o wersji albumowej When We Were On Fire. Będąc obeznanym z muzyka Jamesa na długo przed premierą debiutanckiego wydawnictwa, poznałem ten utwór w nieco innej odsłonie. Jak dla mnie – o niebo lepszej. Akustyczna wersja tego kawałka, która miała swoją premierę wraz z wydaniem jednej z EP-ek, brzmiała zdecydowanie ciekawiej, nie tak typowo. Nienaruszona praktycznie przez żadną produkcję, czysty dźwięk gitary i fenomenalny głos Jamesa. Nic więcej. Albumowa wersja When We Were On Fire to już nieco inna historia. Utworowi dodano dużo więcej produkcji, tak aby brzmiał bardziej mainstreamowo. Rozumiem, względy bezpieczeństwa. Duża szansa, że spodoba się większej ilości osób. Zabieg zupełnie niepotrzebny. Utwór obroniłby się spokojnie w pierwotnej wersji. Niemniej jednak, kompozycja nadal robi wrażenie: w tej czy w tamtej wersji. To dobry kawałek, po prostu.

Poniżej: wersja pierwotna – z lewej strony, wersja albumowa – z prawej strony

Koniec końców, debiut Jamesa Baya zaliczyć można zdecydowanie do tych udanych. Chaos and the Calm to dzieło solidne, bogate w różnorodne dźwięki, z dużymi szansami na sukces. Album nie jest o niczym. Za sprawą swojego imponującego wokalu, Brytyjczyk dzieli się swoimi przemyśleniami na temat przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości. Porusza tematy trudne i ważne dla niego, pełne nadziei, lęku czy miłości. Nie jest to jednak dzieło spektakularne czy rewolucyjne, może nieco zachowawcze. Ale trzeba mieć na uwadze, że to dopiero debiut. Naprawdę pomyślny debiut, który daje nadzieję na to, że tworzy się na naszych oczach kolejny świetny artysta. Artysta z prawdziwą duszą… no i z kapeluszem :-)

james bay

Czytaj również