James Arthur – Back From the Edge (2016), recenzja Karoliny Mrowiec

0
221

Bardzo ucieszyła mnie informacja o rychłej premierze nowej płyty Jamesa Arthura. Artysta swoim przebojem Impossible z 2012 roku zdołał wzruszyć i zaczarować prawie wszystkich. Nucony i noszony na ustach tłumów hit atakował nas z radia, telewizji i wszelkich innych kanałów. W tym roku Arthur promuje się nieco delikatniej, z mniejszym rozmachem i przytupem. Niemniej jednak z nastawieniem na jakość i dominację wzruszeń, które stają się jego niepisaną marką.

Pierwszy singiel – Say You Won’t Go to co prawda ballada, ale tak czuła i ujmująca, że nie sposób doszukać się w niej braku magnetyzmu charakterystycznego dla Jamesa Arthura. Lekka gitara, akustyczny początek z klawiszami, które włączają się w trakcie refrenu. Dość popularna ostatnimi czasami recepta na męski, anglojęzyczny hit (na myśl przychodzi mi chociażby ugrzecznione wcielenie Justina Biebera). W tym wypadku również się sprawdza. Jamesa Arthura odznacza siła głosu, przepiękna barwą i emocjonalność w wykonaniu. W jednej strofie przekazuje słuchaczowi całą tajemnicę swojej duszy.

Train Wreck to jeden z tych utworów, w którym zakochałam się w pierwszej kolejności ze względu na muzykę, dopiero później głos wokalisty. Nie da się zaprzeczyć, że druga płyta na podobieństwo debiutu nie odbiega klasie, szczególnie w kwestii dopracowania każdego szczegółu możliwego uchwycenia wrażliwym uchem. To, co charakteryzuje jednak artystę tego pokroju to obdarzenie swoich fanów wielką dozą zaufania i pozwolenie im na słuchanie swojej muzyki nie tylko uszami ale i sercem. Dla potwierdzenia i podania kolejnego przykładu: Safe Inside – naszpikowane po brzegi wzruszeniem. Jestem bliska płaczu słuchając, a wszystko tutaj układa się w doskonałą całość.

Byłabym już usatysfakcjonowana mogąc poznawać jedynie takie kompozycje, na szczęście James Arthur obdarowuje nas również tanecznym wcieleniem na płycie. To równie dobre i wpadające w ucho utwory, uzupełnione gęstą aranżacją muzyczną i świetnymi chórkami dopełniającymi i koloryzującymi główny wokal. Mowa tu o Prisoner, I Am, Finally oraz Remember Who I Was.

I Am dopiero co raczkuje pośród muzycznych nowości i co jakiś czas przewija się w premierowych playlistach na Spotify – skutecznie, aby zachwycić sobą. Prawdziwe „Arthurowskie” kopnięcie i emocjonalne bombardowanie przy niepozornym początku. Świetna muzyczna siła, świetny głos i świetny tekst tworzące kompletną całość. Trzy razy tak.

Back From The Edge rozpoczyna się pianinem przypominającym jazzowe wejście, szybko burząc jednak nastrój i przeistaczając się w popową rewolucję.

Im dalej tym lepiej: znajduję If Only, Skeletons czy Coming Home For Summer z optymistycznym tytułem. To mój faworyt. Przybiera na tempie, zachęcając do entuzjastycznego tańca. W sumie osiemnaście kawałków, bardzo charakterystycznych i bardzo w stylu Jamesa Arthura. Mimo że nie dostrzegam drastycznej zmiany estetyki pomiędzy debiutem a kolejnym krążkiem, nie uważam tego za złe. Chwalę sobie wypracowanie własnego stylu muzycznego.

Nie można też pominąć oczywiście akcentu krajowego – w utworze Let Me Love the Lonely (w wersji w duecie) gościnnie wystąpiła Marina. Utwór robi zawrotną karierę w mediach i naprawdę słusznie – jest tego wart. Początek rozkręcający się subtelnie, trochę przypominając mi wspomniany już Impossible z wybuchowym zakończeniem i lirycznym zawodzeniem Arthura. Rzekłabym, że parze towarzyszyły dodatkowo chóry prawdziwie anielskie. Majstersztyk, perełka.

Moim zdaniem brak na płycie kompozycji rytmicznych i szalonych „od początku do końca”. Nie zarzucajmy jej tego jednak za złe – taka też jest stylistyka artysty i jego umiejętne wzbudzanie w nas napięcia. W tym już jest mistrzem.

Gorąco polecam świeżą popową energię, która przyda się na zbliżające zimowe wieczory. James Arthur wydał kolejną rewelacyjną płytę, która załaduje nasze baterie i przyspieszy czas oczekiwania na kolejne lato.