Brytyjczyk rozpoczął karierę bardzo wcześnie. W 2012 roku, mając niewiele ponad osiemnaście lat, wydał on debiutancką płytę. Świat muzyki przyjął ją niezwykle ciepło, a Bugga chwalono za niezwykle interesujący i niecodzienny klimat retro. Artysta przyjechał po raz pierwszy do Polski, aby promować kompozycje ze swojego trzeciego już albumu On My One, który ujrzał światło dzienne w czerwcu.
Wieczór w warszawskim Palladium rozpoczął się supportem młodego polskiego zespołu BeMy, który dał się poznać szerszej publiczności trzy lata temu za sprawą programu Must Be The Music. Kilka miesięcy temu trafił do sklepów ich debiutancki album Grizzlin’. Wydawnictwo okazało się niezwykle ciekawą i udaną muzyczną próbą z indie rockiem w tle.
Po przesłuchaniu chłopaków na żywo, utwierdziłem się w przekonaniu, że Mattia i Elie Rosinscy mają w sobie duży pierwiastek zachodniego grania. W końcu wychowali się we Francji. Nie jest to jednak w żaden sposób sztuczna gra na pokaz – oni zwyczajnie to czują. Mimo młodego stażu, wiedzą dobrze, co robią i pokazują publiczności bardzo pewnie swój muzyczny świat. Wpływy brytyjskiego indie rocka odczułem już od samego początku. Świetna gra instrumentów, dużo ciekawych aranżacji oraz przyciągający wokal. BeMy zaprezentowali się naprawdę udanie. Jedynym elementem do którego mógłbym się przyczepić jest nagłośnienie w trakcie ich występu – pomimo że znałem większość tekstów utworów, miałem duże problemy, aby zrozumieć i usłyszeć, co śpiewa w niektórych momentach Mattia.

Jake Bugg pojawił się na scenie chwilę po godzinie 21:00. Koncert rozpoczęło niezwykle klimatyczne, indie folkowe On My One. Piosenka spisała się dobrze jako utwór otwierający i udanie wprowadziła publiczność w dalszą część wieczoru. Wystarczyło kilka minut, aby przekonać się o tym, że tego wieczoru widzimy naprawdę utalentowanego muzyka. Bugg oraz jego gra na gitarze zasługują na duże pochwały. Dawno nie widziałem tak sprawnie posługującego się tym instrumentem młodego artysty. Odnosiłem czasami silne wrażenie, że mamy do czynienia z dużo bardziej doświadczonym instrumentalistą. W młodym ciele stary duch – tak można szybko określić jego twórczość.

Oprócz najnowszych kompozycji, Brytyjczyk zaprezentował także dobrze już znany materiał z dwóch pierwszych płyt. Fani w pierwszych rzędach szaleli przy takich utworach jak Two Fingers, Lightning Bolt, Trouble Town czy Slumville Sunrise. Warszawski koncert sprawił, że do wielu utworów Bugga przekonałem się jeszcze bardziej. Świetnie bawiłem się przy kompozycjach z drugiego krążka Brytyjczyka Shangri La, który traktowałem, zupełnie bez powodu, dość pobocznie. Warto bliżej poznać Kingpin, Messed Up Kids czy Simple Pleasures.
Muszę pochwalić również dobrze przygotowaną setlistę. Była naprawdę dobrze wyważona – mocne, bardziej rockowe utwory były przeplatane kompozycjami spokojnymi, co działało zdecydowanie na korzyść koncertu. Słuchacze zobaczyli oraz usłyszeli Brytyjczyka w różnych wydaniach. Akustyczne momenty mogły się naprawdę podobać. Były melancholijne i jednocześnie bardzo intymne. Wokal Bugga w utworach Broken czy Love, Hope And Misery wzmocnił refleksyjny klimat.
Jake nie jest typem artysty, który mówi dużo w trakcie występu. Prawdę mówiąc, jego kontakt z publicznością jest znikomy. Nie traktuję tego jednak jako jego wady. Ten typ tak ma. Mimo śladowej interakcji i wyczuwalnego dystansu, Bugg udowodnił, że jest muzykiem kompletnym. Gdy wychodzi na scenę, robi swoje. Bez niepotrzebnych ozdobników i zbędnej paplaniny. Znajdą się też tacy, którym się to pewnie nie spodoba. Brytyjczyk udowodnił jednak, że dobry koncert obejdzie się bez tego, a muzyka obroni się sama.

