Jeżeli uznamy, że nasze życie to coś na kształt filmu w którym gramy, to oczywiste jest, że ten film musi mieć też ścieżkę dźwiękową (czytaj soundtrack). Zapewne każdy z Was ma albumy, które łączą się z konkretną sytuacją/wydarzeniem/okresem. Tak się składa, że albumu Shangri La słuchałem w dość przełomowym dla mnie momencie mojego 30 letniego pobytu na trzeciej planecie od słońca.
Chętnie bym tu teraz napisał esej poświęcony sobie, ale nikogo to nie interesuje, więc skupmy się na naszym dzisiejszym bohaterze, a jest nim Jake Bugg. Po pierwsze, ten chłopaczek ma zaledwie 19 lat, a zaczyna powoli mieć coraz więcej do powiedzenia w muzycznym świecie. Po drugie, nie wygląda jak Justin Bieber, fanki nie wystają mu pod oknami, on nie tańczy po to by „hajs się zgadzał”. Po trzecie… przykro mi ale jest gorszy niż King Krule (rówieśnik z Wielkiej Brytanii również okrzyknięty jako nadzieja tamtejszej muzyki) no i chyba najważniejsze, Bobem Dylanem to Bugg nie jest i nie będzie.
Anglik zadebiutował rok temu płytą, która odkrywczego tytułu nie miała (nazywała się Jake Bugg), ale z miejsca swoim wizerunkiem zaczął być porównywany z Ianem Curtisem (Joy Division), muzyka i teksty z J. Cashem i wspomnianym wcześniej Bobem Dylanem. Ciężki start moim zdaniem. Nie chciałbym jako młody chłopak rozpocząć kariery z dopiskiem: nadzieja, prawie tak dobry jak… On niestety tak rozpoczął. Minął rok, zamieszanie ciut ustało, ale niejaki Rick Rubin, zabrał chłopaka do Stanów Zjednoczonych i tam w legendarnym studiu w kalifornijskim Malibu stworzyli Panowie produkcję o tytule, który również jest dość powszechnie wykorzystywany w masowej kulturze, a mianowicie Shangri La.
Shangri La
A teraz ocena i powrót do pierwszego akapitu. Nie polubiłbym pewnie tej płyty, gdyby nie okres w którym ją słuchałem. Towarzyszyła mi ona w ostatnich niesamowicie pracowitych dniach, pierwszym śniegu, bardzo ważnych życiowych decyzjach, w czasie powrotów o świcie i chorobie. Był to okres, gdy praktycznie wszystkie nowe albumy mnie irytowały i grzebałem jak tylko się da głęboko w czeluściach youtube i spotify by w końcu mieć ten soundtrack do codziennych wydarzeń. Trafiłem dzięki Wojciechowi Mannowi na album Shangri La i został na dwa tygodnie w słuchawkach. Kolejną kwestią jest fakt, że uwielbiam południe Stanów Zjednoczonych i od dziecka katowany byłem stylistyką lat 60. Właśnie w tamte rejony zabiera nas Bugg. Oczywiście, można go porównywać do Arctic Monkeys, King Krule’a, czy Oasis, ale ja wierzę, że ten chłopak ma na tyle poukładane w głowie, że będzie się starał wypracować swoją markę i nie będzie musiał być porównywany z czołówką sceny brytyjskiej. Album Shangri La, to rock’n’roll, folk, country, rock i momentami całkiem przyjemny pop. Ta płyta jest idealnym tłem życia codziennego i widzę jak słucha jej ktoś w starym zdezelowanym amerykańskim wozie przemierzając trasę z Las Vegas do Memphis. Jednak, zastanawiam się czy jest sens kopiować styl sprzed 50 lat? Bugg tak usilnie stara się brzmieć jak Dylan i reszta, że momentami nie jestem w stanie ukryć swojej irytacji.
Utwory:
Me and You – mój faworyt. Podoba mi się tekst, ale nie ukrywajmy, przede wszystkim to refren wpada w ucho i potrafi chodzić jak cień za słuchaczem. Stylistyka country, dla mnie jest to bardzo przyjemny gatunek, jednak wiem, że niektórych może drażnić takie „wiejskie” granie.
Song About Love – bardzo przyjemna ballada, nie jest banalna, właściwie stylistycznie to wspomniany wyżej utwór pozbawiony klimatu country. All your reasons – właściwie to jest już grunge, myślę, że spokojnie może zainteresować fanów Pearl Jam czy Nirvany.
May też jednak rockowe utwory aspirujące to bycia przebojami. Slumville Sunrise, What doesn’t kill you, Kingpin – to te z utworów, które pewnie zostaną wybrane na single z racji energii, którą w sobie mają.
Całościowa ocena? Hmmm, gdyby nie wspomniane wydarzenia towarzyszące słuchaniu tego albumu, możliwe, że by mi się nie spodobał. Potrzebowałem jednak takiego klimatu i opowieści o życiu w drodze, prostych prawd. Ta płyta jest naprawdę dobra, ale niestety, gorsza niż pierwsza, za mało charakteru Bugga, a za dużo fascynacji legendami reprezentującymi podobne gatunki muzyczne. Warto jednak sprawdzić ten album, bo biorąc pod uwagę, że chłopak ma 19 lat, wydaje się, że jeszcze naprawdę dużo może się zmienić i wydarzyć w jego muzycznej podróży. Wyczytałem gdzieś opinię mówiącą: typowy drugi album. Coś w tym jest, jednak spróbujcie wrzucić tą muzykę na przenośne urządzenie i ruszyć w podróż. Wtedy ta płyta zyskuje sens…

