Jack Garratt – Phase (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

Przyznam, że na debiutancki krążek Jacka Garratta czekałam z niecierpliwością. Single promujące płytę były naprawdę obiecujące. Nietuzinkowy wokal artysty i różnorodność dźwięków w prezentowanych utworach to elementy, które przekonały mnie żeby sięgnąć po całość zaraz po premierze. Mimo, że połowę płyty poznałam jeszcze przed jej wydaniem to, wiadomo, całości ułożonej w pewnej, określonej kolejności, słucha się kompletnie inaczej.

Phase rozpoczyna Coalesce (Synesthesia Pt. II). Utwór z początku wolny, w którym słychać pojedyncze uderzenia imitujące perkusję, a dopełnia je tylko wokal Jacka. Jednak po minucie kompozycja wybucha energią i zdecydowanie zmienia swoje tempo. Tym samym słuchając płyty po raz pierwszy, przekonujemy się, że można spodziewać się po niej wszystkiego. Później pojawia się singlowe Breathe Life. Utwór nieco bardziej statyczny od swojego poprzednika. Melodyjny refren, nie do przesady przesterowany wokal i kolejna porcja całkiem ciekawych beatów sprawiają, że to całkiem dobry kawałek do radia. Far Cry rozpoczynają dźwięki klawiszy, którym później towarzyszy delikatny basowy beat, a Jack może pokazać najwyższe partie swojego wokalu. Jednak delikatność nie odbiera temu utworowi nic, gdyż co chwilę pojawiają się wyraźniejsze i zdecydowanie szybsze momenty. W Far Cry zawarte jest chyba wszystko, co może pokazać Jack. Zarówno mocną i wyraźną stronę swoich kompozycji jak i to, że tworzenie spokojniejszych piosenek również mu wychodzi. O tym możemy przekonać się także w kolejnym utworze – Weathered. Kompozycja mimo, że nie ma w niej szczególnego zaskoczenia spowodowanego nagłymi zmianami tempa, jest przyjemna dla ucha i na moment uspokaja tą wyrazistość płynącą z Phase. Na moment, gdyż końcówka utworu ma w sobie kilkudziesięciosekundowy element, w którym ma się wrażenie jakby Jack zaprosił do studia nagraniowego chór gospelowy.

Zbliżając się do połowy krążka pojawia się Worry – najbardziej znany singiel ze wszystkich wydanych przed premierą płyty. Jest to utwór, który można wrzucić do worka z dobrym R&B i postawić obok Breathe Life, jako ciekawy, ale radiowy element Phase. Kolejny singiel i numer 6 na płycie to The Love You’re Given. Tutaj uwagę od samego początku przykuwa (przepraszam za porównanie) głos kobiety przypominający wycie podduszanego kota. Do momentu, kiedy nie słychać głośniejszego i wyraźnego beatu, który trochę zagłusza te dźwięki, piosenka może delikatnie irytować. I Know All What I Do rozpoczyna… kolejny irytujący dźwięk. Słuchając tego utworu głośniej (lub przez słuchawki) osoby wrażliwe mogą rozboleć uszy. I nie pomaga temu nawet delikatność wokalu Jacka, który naprawdę pięknie brzmiałby bez tego tła. Dopiero po połowie dźwięk tłumiony jest przez interesujące brzmienie muzyki.

Suprise Yourself jest jedną z ciekawszych kompozycji na Phase. Z jednej strony słychać tam interesujący beat. Zmienia się on jednak w pewnego rodzaju refren, który nadaje piosence wyniosłości. Zaledwie 2,5-minutowe Synesthesia Pt. III odbiega kompozycyjne od wszystkich utworów na płycie, gdyż brakuje na niej wokalu Jacka. Aczkolwiek jako instrumental idealnie pełni swoją rolę na krążku. Na zakończenie Jack przygotował My House Is Your Home – przepiękną akustyczną balladę. Nie ma w niej ani krzty elektronicznych syntezatorów. Tylko tajemniczy wokal Jacka i delikatne klawisze. Bardzo przyjemnie słucha się tego utworu po całej masie elektroniki przejawiającej się w całej płycie.

Debiutancki krążek Jacka Garratta jest na pewno płytą zróżnicowaną. Ciężko zaliczyć go do określonego gatunku, poza chyba wszystkimi odłamami muzyki elektroniczej. Bo ilość elektroniki, jaką naszprycowana jest płyta jest przeogromna. Brakuje mi w niej chociaż jeszcze jednej ballady. Jednak polecam przesłuchać album, aby samemu przekonać się jak utalentowanego artystę właśnie odkrywa świat.

Czytaj również