Nie da się ukryć, że Iggy Pop jest ikoną rocka, co udowodnił już nieraz na przestrzeni lat. Z drugiej strony niezły z niego cwaniak, bo współpracując z członkami Arctic Monkeys, Queens of the Stone Age czy Eagles of Death Metal, chce swą muzyką trafić także do ich fanów. Dlatego zupełnie nie dziwi to, że przy pracach nad swoim najnowszym krążkiem, Post Pop Depression, chciał tworzyć z osobami swojego pokroju. Na szczęście dla słuchaczy, ta intryga wyszła na plus.
Front medalu mówi nam, że jest to umotywowane właśnie wspomnianą przebiegłością, natomiast drugą jego stronę tworzy fakt, że Post Pop Depression jest prawdopodobnie ostatnim dziełem muzyka w jego bogatej dyskografii, co nie znaczy, że będzie tak na pewno. Magazyn NPR posunął się w domysłach o krok dalej i stwierdził, że taki zestaw muzyków z pewnością nie jest dobrym przyzwoleniem na imprezę emerytalną na cześć Popa. Jest to raczej kolejna domówka, której gospodarzami są zarówno Iggy, jak i Joshua Homme, Dean Fertita (QOTSA i The Dead Weather) oraz Matt Helders (Arctic Monkeys). Cóż: tytuł swoje, a spekulacje swoje. Abstrahując zatem od wszelkich plotek, ploteczek czy pomówień, posłuchajmy lepiej co DJ zaserwuje nam w trakcie tej imprezy.
Na pierwszy rzut ucha można powiedzieć, że wszystkiego po trochu. Każdy muzyk biorący udział w projekcie dał coś od siebie, co zaowocowało różnorodnym i przekrojowym brzmieniem. Jeżeli ktoś liczył na płytę odkrywczą czy wręcz przełomową, to może się zawieść. Dla fanów poszczególnych formacji mam trochę lepszą wiadomość, bo każdy z nich znajdzie na płycie co najmniej 2-3 piosenki, które toćka w toćkę przypominają kompozycje rodem z AM, …Like Clockwork czy Dodge And Burn. Lecz jako, że bohaterem pierwszoplanowym jest Iggy, to musi mieć to swoje odzwierciedlenie w utworach.
Najbardziej oczywistymi odwołaniami do przeszłości są teksty, które nieraz w sposób bezpośredni wywołują duchy minionych czasów. Niemniej dzieje się to tylko w przypadku plus/minus połowy tekstów, natomiast reszta jest bardzo błaha, banalna, a czasem wręcz infantylna. Bynajmniej nie jest to wadą, bo kto z nas nie marzy o frywolnym niedzielnym popołudniu po całotygodniowej walce z systemem? Kto nigdy nie miał ochoty podumać o tym jak fajnie byłoby spędzić czas ze swoją sympatią? Taka uniwersalność, od czasu do czasu, jest potrzebna każdemu, a jej forma zaprezentowana na Post Pop Depression nie wieje kiczem czy tandetą.
Co się natomiast tyczy wątków autobiograficznych, to tutaj muzyk odwołuje się do paru kluczowych spraw w jego życiu: współpracy z Davidem Bowiem, genialnych płytach nagranych w Berlinie czy swego imienia, które „jest jedyną rzeczą jaką posiada”. Zatem z punktu widzenia treści można odnieść wrażenie, że pewien rozdział ulega zamknięciu, ale mając w pamięci wcześniejszy akapit, trzeba to stwierdzenie podzielić na pół i spróbować wypośrodkować te wątki. Dla poparcia idei konsensusu warto dodać, że innym, być może nieco mniej bezpośrednim odniesieniem do dokonań przeszłości zdaje się być niezmienna forma wokalno-narracyjna, serwowana na tym krążku jeszcze bardziej dobitnie. Głos Popa ulega wielokrotnemu łamaniu, wyginaniu w różne, czasem nieoczywiste strony, a do tego zmienia swoje natężenie, chociaż momentami robi to bardzo dyskretnie. Chciało by się rzec: cały Iggy.
To, na co jeszcze chciałbym zwrócić uwagę, to sama muzyka. Instrumentarium nie jest może jakoś nadmiernie bogate, bo poza klawiszami i ksylofonem zestaw ten jest dość standardowy, lecz jest wykorzystany w sposób perfekcyjny. Płyta obraca się w różnorodnych tempach, są momenty szybsze, są wolniejsze, więc kwestie rytmiczne się jak najbardziej zgadzają. Gitara, jak to w przypadku Homme’a bywa, także świetnie brzmi. Dodając do tego świetną produkcję, kompozycyjny majstersztyk i profesjonalne podejście do tematu ze strony wszystkich twórców, otrzymaliśmy kawał dobrego materiału. I jeżeli miałby być to ostatni album wypuszczony pod ksywką Iggy’ego Popa, to trzeba przyznać – wie chłop jak ze sceny zejść.



