W kwietniu tego roku australijska raperka Iggy Azalea wydała swój długogrający debiut The New Classic. Single z tego wydawnictwa rozbrzmiewają w stacjach radiowych na całym świecie, sama Azalea staje się z każdym dniem coraz popularniejsza. Na jej półce, po każdej gali, znajduje się coraz więcej nagród. Sama artystka nie zapomina o swoich fanach i cały czas stara się rozpieszczać ich nową muzyką. Osiem miesięcy po wydaniu pierwszej płyty, raperka częstuję nas jej reedycją o tytule Reclassified. Czy warto dać jej szansę?

The New Classic wspominam miło. Nie był to dla mnie album, który można nazwać największym odkryciem roku czy nową klasyką. Jednakże znalazły się na nim kawałki dobre, do których lubię wracać. Debiut Azalei ma jedną ogromną wadę. Piosenki dobre otoczone są przez mur zbudowany z nudy, kiczu i nijakości. Wśród piosenek, dzięki którym artystka chce coś przekazać i robi to nawet nieźle, pojawiają się elektroniczne koszmary i mało wyraziste produkcje.
Wszystkie dostępne źródła przekazują nam informacje, że reedycja to ponowne wydanie książki, płyty lub innego produktu. W muzycznym biznesie utarł się pewien schemat. Mianowicie reedycja to utwory z wersji podstawowej, do której artysta dodaje nowe kompozycje oraz pewne gratisy. Niestety Iggy Azalea postanowiła pójść nieco inną drogą. Australijka wycięła kilka utworów z podstawowej wersji The New Classic i umieściła dwa numery z edycji deluxe. Dodała również pięć nowych kompozycji. Jedni twierdzą, że jest to zbyt widoczny skok na kasę, krzyczą: sprzedała się! Nie będę tego oceniać, bo dla mnie liczy się tylko muzyka. Jeżeli artysta robią ją dobrze, to może mieć miliony na koncie. W tym przypadku lista piosenek została ułożona idiotycznie. Nikt o zdrowych zmysłach nie wyrzuca swoich najlepszych piosenek. Po prostu załamałem się, gdy zauważyłem brak Walk The Line oraz Goddess. Mam nadzieję, że te osoby, które pomagały w tej muzycznej zbrodni już odsiadują za to wyrok. Na całe szczęście zachowało się Don’t Need Y’all, które po prostu jest jedną z najlepszych kompozycji Azalei.
Na wydawnictwie pojawiają się bardzo dobrze znane Fancy oraz Black Widow. Są to kompozycje, które każdy zna na pamięć jeżeli przez ostatni rok nie mieszkał w jaskini bez żadnego okna na świat. Fancy nie jest złym numerem, Charli XCX w refrenie błyszczy, Iggy stoi w jej cieniu. Dodatek zasłonił główne danie. Jak zauważyła moja redakcyjna koleżanka Zuzanna, początek brzmi niczym wyjęty z utworu Melt Cheta Fakera. Zbrodnią byłoby porównywanie tego artysty do australijskiej raperki. Ten pierwszy tworzy ambitne utwory, które zachwycają z każdym dźwiękiem, niestety nie można powiedzieć tego o Iggy – jej kompozycje są proste i mało wymagające. Fancy jednak nie jest kompozycją złą, to po prostu dobry numer. Tylko dobry. Nic więcej.
To samo mogę napisać o Black Widow. W niezwykły sposób został tutaj ukazany potencjał Rity Ory. Jej wokal pasuje doskonale do tej kompozycji. Angielska piosenkarka po prostu wie jak ma śpiewać i robi to doskonale. Zaraz, zaraz, to jest piosenka Iggy Azalei? To chyba jakiś żart? Po przesłuchaniu odniosłem wrażenie, że jest to piosenka Rity Ory a pani pochodząca z Australii to tylko osoba towarzysząca. Jeżeli ktoś jest bardziej wyrazisty od głównego artysty, to nie zaprasza się tej osoby do wspólnego numeru! Prosta zasada, a diametralnie zmieniłaby życie Iggy.
Jak już wcześniej wspomniałem na Reclassified pojawia się pięć nowych numerów: trzy duety oraz dwie solowe kompozycje. Krążek otwiera kawałek We In This Bitch, który jest bardzo dobrze wyprodukowany, świetnie wprowadza w całość. Szkoda, że jest to jeden z nielicznych momentów, który jest tak dobry. Kolejną solową kompozycją, która pojawiła się na płycie to Iggy SZN. Raperka postanowiła się trochę pochwalić tym co już osiągnęła. Dla mnie ten kawałek miał potencjał, brzmiałby świetnie po przeprowadzeniu kilku zmian. Chciałbym usłyszeć Iggy w nowoczesnym i minimalistycznym klimacie bez zbędnych dodatków. W Iggy SZN dzieje się po prostu za dużo: męski wokal, jakieś ryki, komputeryzacja głosu. Wiem, że prawdziwy geniusz odnajduje się w chaosie, ale nie w tym przypadku.
Wspomniałem o solowych dokonaniach, teraz przyszedł czas na nowe duety. Pierwszym z nich jest Beg For It, w którym gościnnie pojawia się MØ. Po przesłuchaniu tego kawałka błagałem tylko duńską wokalistkę o to by zaśpiewała dla mnie jeszcze raz. Jej partie są po prostu genialne. Stworzone w innym stylu w jakim do tej pory się obracała, ale są po prostu świetne. Niestety gdzieś w tle pojawia się Iggy, która znowu gra drugie skrzypce. Czy powinno tak być? Oczywiście, że nie. Jednakże Azalea sama się na to godzi. Sytuacji nie poprawia fakt, że Beg For It brzmi jakby pseudo-specjaliści artystki zmieszali w blenderze Black Widow i Fancy. Pod koniec natomiast za bardzo czuć inspirację Feelin’ Myself, które w oryginale wykonuje will.i.am z plejadą muzycznych gwiazd.
Kolejnym duetem, z którym możemy zetknąć się pierwszy raz, jest Heavy Crown. W tym przypadku gościnnie usłyszymy Ellie Goulding. Wreszcie w płytowej karierze Australijki nastąpił ogromny przełom! Iggy pokazuje, że wie po co tworzy muzykę, jej partie są pełne ekspresji. Po prostu są świetne, a bit uświetniałby całość. W tym przypadku to gość zrujnował całość. Lubię twórczość Ellie i wiem na co ją stać, ale w tej piosence brzmi po prostu okropnie. Irytuje swoim kozim głosem.
Ostatnim premierowym numerem, z którym możemy się zapoznać to Trouble. Gościnnie pojawia się w nim Jennifer Hudson. Bardzo do gustu przypadł mi kontrast między podkładem a tekstem. Ten pierwszy jest bardzo przyjemny, natomiast drugi element opowiada o przykrych miłosnych doświadczeniach. Tworzy to niecodzienny, ale ciekawy efekt. Hudson swoim wokalem zmiata wszystko z powierzchni ziemi i tak jest również w tym przypadku. Jej głosem można tylko się zachwycać, jest po prostu doskonały. Teraz pewnie pomyśleliście, że zachwalam gościa a Iggy dostanie po uszach. Na całe szczęście tak nie będzie! Obie artystki brzmią po prostu świetnie w tym numerze. Współpraca między Iggy a Jennifer bardzo służy tej pierwszej, oby więcej takich numerów w karierach obu pań.
Iggy Azalea to uzdolniona raperka, ale odnoszę wrażenie, że poszła złą drogą. Czasem lubię wracać do jej dobrych mixtape’ów. Nie mogę powiedzieć tego o jej długogrających wydawnictwach. Na Reclassified pojawiają się kompozycje dobre. Szkoda tylko, że jest ich tak mało. Zostały one zakryte przez kompozycje nijakie, nie wybaczę również usunięcia najlepszych kompozycji z debiutu na rzecz małego koszmaru jakim jest Bounce. Raperka zapowiedziała, że na jej nowym wydawnictwie znajdzie się mniej duetów, trzymam ją za słowo. Mam nadzieję, że jej następna płyta będzie po prostu lepsza

